niedziela, 6 sierpnia 2017

15. Ukryte talenty i skrywane uczucia

Wiesz, co mówią o mężczyznach, którzy dobrze gotują? Nie? Ja też nie wiem, cholera.
Może nie powinnam się nad tym zastanawiać, ale w tej chwili akurat patrzyłam na skupionego Walta krzątającego się po kuchni, w moim zielonym fartuszku. Gotował coś. A przynajmniej tak to wyglądało, bo co miało wyjść z garnków rozstawionych na kuchence, nie miałam pojęcia. Z drugiej strony dobrze by było, gdyby nic stamtąd nie wychodziło, to znaczy – nie było żywe, a rzeczywiście ugotowane. Może powinnam była mu wspomnieć o swoich preferencjach kulinarnych?
Wtedy na pewno oderwałby się od krojenia warzyw, czy co tam teraz leżało na desce, a tego bym nie chciała, bo krótko mówiąc, to wszystko działało na mnie wręcz niepokojąco uspokajająco. Czy to nie było zabawne? Jeszcze niedawno analizowałam wszystkie skomplikowane ścieżki mojego życia, a teraz patrzyłam bezmyślnie na faceta w swojej kuchni. Mogłam sobie dopisać sto punktów do bycia silną, niezależną kobietą.
Co o takiej sytuacji napisałby typowy magazyn dla kobiet? Wyobraziłam sobie ten idiotyczny nagłówek: „Dziesięć sposobów na sprawdzenie, czy ON jest tym jedynym”, a wśród nich zapędzenie go do kuchni, by przygotował dla was wspólny posiłek. Późniejsza degustacja oczywiście byłaby kluczowym elementem, chociaż w tym przypadku nie mam na myśli jedzenia.
Jo, masz szczęście, że patelnia jest właśnie zajęta, bo powinnaś się nią porządnie walnąć w głowę.
No cóż, moje sumienie miało rację. Zgadzając się więc z własną głupotą, westchnęłam ciężko, kończąc rozmarzone dywagacje i podeszłam do półki, gdzie trzymałam całą jazzową kolekcję.
Kiedy wróciliśmy do mieszkania, mój niekontrolowany słowotok wziął górę i zaczęłam zawile tłumaczyć Walterowi, że nie zrobiłam zakupów, więc w zasadzie nie wiem, co nam przygotować. Nie wiedziałam dlaczego, ale podczas gdy ja paplałam jak nakręcona, on uśmiechał się i ze spokojem po prostu na mnie patrzył. I w pewnym momencie, jakby to było zupełnie naturalne, wyjął mi z rąk mój zielony fartuch i powiedział, że wszystkim się zajmie, a ja mogę usiąść na kanapie i poczekać. Tak więc czekałam, obserwując go, jak szukał czegoś zawzięcie w lodówce, zamrażalce, a potem w każdej szafce i szufladzie w kuchni. Kilka razy posłał mi zdziwione spojrzenie, zupełnie jakby kwestionował mój sposób segregowania kuchennych przyrządów. Gdy zaś próbowałam go zagadać i dowiedzieć się, co przygotowuje, zbywał mnie za każdym razem lakonicznym: „Niedługo się przekonasz”.
No cóż, pozostało mi tylko oczekiwać tego kulinarnego eksperymentu – jakoś jednak nie mogłam się przekonać, że z mojej lodówki wyjdzie coś wykwintnego, w końcu wiedziałam, co w niej miałam. A przynajmniej tak mi się wydawało…
W każdym razie postanowiłam włączyć muzykę, by cisza pomiędzy nami nie była taka przytłaczająca. I w gruncie rzeczy, żebym nie zasnęła, co biorąc pod uwagę zmęczenie wydarzeniami dzisiejszego dnia, było całkiem możliwe.
Po kilku chwilach zastanawiania się, mój wybór padł w końcu na Scotta Hamiltona. Był idealnym dodatkiem do spokojnego wieczoru. Dźwięki, które rozeszły się po mieszkaniu, gdy ustawiłam płytę w odtwarzaczu, brzmiały niewymuszenie, lekko i naturalnie. Usiadłam z powrotem na kanapie i wróciłam do obserwowania mojego aktualnego obiektu westchnień.
Walt odwrócił się na chwilę i pokiwał głową.
— Więc jesteś jazzową dziewczyną — powiedział, kiedy wrócił do energicznego mieszania czegoś na patelni, co zaczynało niesamowicie pachnieć.
— Prawda? Na pierwszy rzut oka wydaję się nie mieć porządnego gustu muzycznego — rzuciłam kąśliwie, jednak zaraz roześmiałam się, przypominając sobie, że Walt do tej pory nie wykazywał się zrozumieniem dla ironii.
Wolałam nie kusić losu. W końcu mógł czegoś dosypać do jedzenia, jeśli rzucę słowem za dużo. Czy coś.
— Nie o to mi chodziło — odparł, prawie że od razu. — Jazz ma w sobie pewną energię…
— Której ja nie mam? — weszłam mu w słowo. Czy ja nie mówiłam przed chwilą czegoś o kuszeniu losu? Niekonsekwencja to moje drugie imię.
Walt posłał mi niezadowolone spojrzenie z drugiego końca mieszkania. Ponieważ jednak na moich ustach wciąż rozciągał się zaczepny uśmiech, długo nie wytrzymał.
— Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać — dodałam szybko, kiedy zamilkł i wrócił do gotowania. — Mówiłeś coś o energii jazzu?
— Owszem — mruknął i urwał na dłuższą chwilę, gdy przerzucał coś z patelni do garnka. — Jazz ma w sobie pewnego rodzaju lekkość i subtelność, a zarazem gdzieś w tle kryje się wolność i nieprzewidywalność.
— Uwielbiasz muzykę, prawda?
Wzruszył ramionami, nie odpowiadając.
Coś mi to przypomniało, miałam gdzieś w zakamarkach podświadomości wspomnienia, które nagle wyłoniły się na wierzch. Pewne sylwetki i idące za nimi opinie, które znałam praktycznie od urodzenia. Zamyśliłam się na dłuższy moment i nagle słowa zaczęły same wychodzić z moich ust, zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co mówię.
— Wiesz, nigdy nie przepadałam za jazzem, tak naprawdę, po prostu się do niego przyzwyczaiłam, ponieważ zawsze rozbrzmiewał w naszym domu. A gdy przestał, zwyczajnie mi go zabrakło. Tej, jak to powiedziałeś, wolności i nieprzewidywalności — wyrzuciłam z siebie, zdając sobie raptownie sprawę z tego, że nigdy tego nikomu nie powiedziałam.
I może nie miałoby to żadnego znaczenia, gdyby Walt nie spojrzał na mnie wtedy w ten prześwietlający sposób. Zupełnie jakby czytał ze mnie jak z otwartej księgi. Może mój wyraz twarzy wtedy podpowiedział mu coś, a może był to czysty przypadek, ale nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że zrozumiał, co tak naprawdę chciałam powiedzieć. Lub domyślał się, co to może znaczyć, nie bezpośrednio, ale chyba złapał trop.
Na szczęście był Waltem i nie drążył tematu.
— Kogo jeszcze masz w swojej kolekcji? — zapytał, nie odrywając wzroku od kuchenki.
— Zapytaj lepiej, kogo nie mam — odparłam dumnie, po czym zmieniłam płytę. — Lubię różnorodność i to, że każdy utwór jest jedyny w swoim rodzaju. Ella Fitzgerald na przykład kojarzy mi się z czarno-białymi filmami.
Niespiesznie, korzystając z tego, że na mnie nie patrzy, podeszłam do niego.
— Klasyk — stwierdził i mogłabym przysiąc, że słyszałam w jego głosie zawód.
— No dobrze, to wymień kogoś — powiedziałam, stając obok niego. Nie spodziewał się mnie, bo nagle odwrócił się zaskoczony. Rzucił mi krótkie spojrzenie i zastanowił się przez chwilę.
— Oscar Peterson.
Prawie wybałuszyłam oczy ze zdziwienia. Oscar Peterson?! Naprawdę? Akurat ze wszystkich jazzowych królów musiał wymienić tego, do którego miałam największy sentyment? Niech to szlag. I jak ja miałam nie tracić przy nim zdrowego rozsądku?
Jakby zauważając moje zdziwienie, Walt uśmiechnął się pod nosem.
Niemniej jednak nie podeszłam tam po to, by roztkliwiać się nad jego wyborem. O nie, to była tylko przykrywka, ponieważ tak naprawdę chciałam zajrzeć mu przez ramię i dowiedzieć się, co gotuje. Wykorzystując chwilę nieuwagi, wyciągnęłam szyję i rzuciłam okiem na zawartość garnka. Zdołałam dojrzeć jedynie kawałki marchewki i sos wyglądający na połączenie curry i czegoś jeszcze, przynajmniej jeśli zapach mnie nie mylił, zanim Walt się nie zorientował i nie przykrył garnka pokrywką.
— No, błagam, Walt, umieram z ciekawości — jęknęłam, gdy stanowczo odsunął mnie od części kuchennej. Stanęłam z rękami skrzyżowanymi na piersi. — Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakiś mężczyzna dla mnie gotował, to chyba naturalne, że bardzo mnie to ekscytuje — spróbowałam raz jeszcze.
— Dowiesz się w swoim czasie, Jo — odpowiedział niewzruszony moimi próbami zagrania na jego ego, odwracając się do mnie tyłem. Kiedy westchnęłam ciężko, dodał: — Nie testuj mojej cierpliwości.
Słucham? Czy ja się przesłyszałam? Nie potrafiłam stwierdzić, czy Walt powiedział to na poważnie, czy żartował. Zrezygnowałam jednak z domyślania się, co miał na myśli.
— Chciałabym ci przypomnieć, że jesteś w mojej kuchni, używając moich sprzętów.
Walt wzruszył ramionami. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia! Ech, faceci.
— Dobrze, wygrałeś — stwierdziłam zrezygnowana i usiadłam przy stoliku.
Oparłam brodę na ręce i starałam się cierpliwie czekać na to tajemnicze danie. Pół kwadransa później, po kilku moich kolejnych nieudanych próbach wypytania się, co takiego będziemy jeść, Walt powiedział, żebym nakryła do stołu. Zaczynałam być już lekko głodna, poza tym ile można czekać? Poderwałam się więc z krzesła podekscytowana i w ekspresowym tempie przygotowałam wszystko, co niezbędne.
— Kurczak? Skąd ty wziąłeś kurczaka? O rany, to seler!
Zachwycałam się, patrząc z niedowierzaniem na zawartość talerza, który w końcu Walt postawił przede mną. To, co się na nim znajdowało, przypominało trochę kurczaka z curry, ale jak słusznie zauważyłam, było głównie selerem. Była tam też marchewka i papryka, jakieś zielone elementy, które mogły być pietruszką – kiedyś zamroziłam natkę, by mieć świeży zapas pod ręką. Chwyciłam widelec i szybko posmakowałam. Było po prostu przepyszne.
Walt po mojej reakcji domyślił się, że mi smakuje, więc uśmiechnął się triumfująco.
— Nie wiem, co to jest i z czego to powstało, ale jest genialne!
— Cóż, jedynym z moich ukrytych talentów, jest przyrządzanie wspaniałych potraw z niczego.
— Och — wymsknęło mi się, ponieważ ciężko mi było ukryć podziw. — Mam nadzieję w takim razie, że kiedyś dane będzie mi poznać twoje pozostałe talenty — rzuciłam niewinnie, jednak mina Walta zmieniła się na chwilę. Wyglądał na lekko zaskoczonego, by zaraz potem na powrót uśmiechnąć się z zadowoleniem, kładąc na stół talerz dla siebie.
No, no, Jo, zapunktowałaś sobie i to nieźle.
— Pójdę się przebrać, zaraz wracam — powiedziałam, gdy Walt otwierał butelkę wina przyniesioną przeze mnie z przyjęcia zaręczynowego. Przypomniało mi to, że nadal siedzę w jaskraworóżowej kiecce i kiedy to sobie uświadomiłam, zaczęło mi być zwyczajnie niewygodnie.
Szybkim krokiem wpadłam do swojej sypialni i rzuciłam spojrzenie na zawartość mojej szafy. Dobrze, że zazwyczaj zamykałam drzwi, bo zostawiłam niezły bałagan po porannych przygotowaniach. Miałam wrażenie jednak, jakby minęło znacznie więcej czasu, od momentu wybierania odpowiedniej garderoby na przyjęcie zaręczynowe do chwili obecnej, w której stałam niezdecydowana przed lustrem. Wchodząc do sypialni, wiedziałam, że chcę się przebrać w coś wygodnego, ale teraz, gdy trzymałam w ręku powyciągane dresy, zmieniłam zdanie. Co jak co, ale szary dżersej z dziurami na kieszeniach nie był moim wymarzonym strojem na takie okazje jak taka.
Nazwij mnie próżną, mam to gdzieś.
Byłam właśnie w trakcie wciągania na siebie dżinsów z postrzępionymi nogawkami i wysokim stanem, które idealnie podkreślały moją figurę, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Pierwsza osoba, która przyszła mi na myśl, to oczywiście Peter. Cholerny Peter, który notabene jeszcze godzinę temu siedział w pizzerii Grega razem z Sylvią. Wpadłam więc w panikę i próbując w pośpiechu zapiąć spodnie i jednocześnie wciągnąć na siebie koszulkę, skończyłam zaplątana w materiał i własne kończyny.
— Otworzę! — krzyknął Walt, kiedy ktoś zza drzwiami zadzwonił drugi raz. Prawie zaklęłam na głos, zanim jednak zdążyłam zaprotestować lub chociażby wyplątać się z ubrań, było za późno. Walt otworzył drzwi.
Wypadłam z sypialni i niemal zderzyłam się z plecami Walta. Musiałam okrążyć go, żeby zobaczyć, kto stał po drugiej stronie.
— Sylvia — jęknęłam automatycznie, kiedy ujrzałam niezadowoloną twarz żony mojego przyjaciela. Cóż, tego jednak się nie spodziewałam.
— Chciałam z tobą porozmawiać, ale widzę, że jesteś… — urwała i zmierzyła Walta lodowatym spojrzeniem. Przyznam, że w tamtej chwili wyglądała na wyjątkowo urażoną. — …zajęta — dokończyła. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak prychnęła.
Co za tupet!
— Czy coś się stało? — zapytałam, siląc się na normalny ton. Przynajmniej jedna z nas musiała poczuwać się do tego, by udawać, że wszystko jest w porządku i nie robić dramy.
Sylvia spojrzała na mnie zaskoczona.
— Myślę, że doskonale wiesz, co się stało, Jo — powiedziała, a każde kolejne wypowiadane słowo ociekało jadem jeszcze bardziej niż poprzednie. Typowa zagrywka. Wow, więc jednak pani Matthews była wredną suczą.
Nie zamierzałam się z nią spierać, ba, chciałam tego uniknąć za wszelką cenę, biorąc pod uwagę fakt, że za mną stał Walt i przysłuchiwał się temu wszystkiemu. Sylvia najwyraźniej nie widziała niczego niestosownego w swoim zachowaniu. Zerknęłam kątem oka w stronę Walta. Patrzył na Sylvię lekko zdezorientowany, ale najwyraźniej jeszcze nie poczuł się zakłopotany naszą wymianą zdań.
— Słuchaj, Sylvia — zaczęłam, akcentując jej imię dokładnie w taki sam sposób, jak ona moje. — Cokolwiek masz mi do powiedzenia w temacie, o którym najwyraźniej doskonale wiem, możemy przełożyć to na inny dzień.
Sylvia skrzyżowała ręce na piersi i zacisnęła wargi, które zazwyczaj wydatne, teraz zamieniły się w jedną, długą kreskę. Przez chwilę mierzyła mnie jeszcze bardziej niezadowolonym spojrzeniem niż wcześniej, aż w końcu wypuściła powietrze z ciężkim westchnieniem.
— Dobra — mruknęła. — Ale chcę, żebyś wiedziała, że to, co teraz robisz, jest nie fair w stosunku do Petera. On na to nie zasługuje.
Przepraszam, co?
Czy ja się przesłyszałam?
Że jak?
Musiałam chyba wyglądać na nieźle wstrząśniętą, bo Sylvia tylko uśmiechnęła się triumfująco, zmrużyła oczy i pożegnała się krótkim: „Zadzwonię”. Stałam przez chwilę zdziwiona przy otwartych drzwiach, a kiedy Walt zapytał, czy wszystko w porządku, pokręciłam stanowczo głową.
Nic tutaj nie było tak, jak powinno. Po pierwsze, Peter, znowu. Miałam wrażenie, że gdzieś za moimi plecami, za każdym razem, kiedy pojawiał się Peter, leciała irytująca melodia „Never Ending Story”. Po drugie, Sylvia i jej niemierzalny żadnymi znanymi mi metodami tupet. Chyba nadszedł najwyższy czas na to, bym sobie porozmawiała poważnie z jej mężem. No bo, skoro moje tłumaczenia do nich nie docierały, może głos rozsądku w postaci Grega przemówi im do rozumu? Nie miałam raczej innego wyboru.
— Co jest nie tak z tymi ludźmi? Co jest nie tak z Peterem?! — powiedziałam w końcu na głos.
— Może jest psychopatycznym stalkerem — odparł Walt z okropnie poważną miną, zupełnie jakby odczytywał moje myśli w punkt, jednak chwilę później uśmiechnął się. Kto tu był stalkerem, Panie Wspaniały?
Nie zdążyłam rzucić kąśliwej uwagi, ponieważ coś zawibrowało na szafce w korytarzu. Odwróciłam się automatycznie i zanim pomyślałam, sięgnęłam po telefon. Dopiero, kiedy spojrzałam na wyświetlacz, zorientowałam się, że komórka nie należy do mnie.
— Przepraszam, nie chciałam — powiedziałam, szybko wręczając mu telefon. Spojrzał na niego niewyraźnie, po czym odrzucił połączenie i schował do kieszeni spodni.
Zmarszczyłam brwi, przyglądając mu się wtedy uważnie. Dzwoniła jego matka, a przynajmniej tak był podpisany kontakt, chociaż szczerze wątpiłam, by był to jakiś tajny pseudonim. Utwierdziło mnie też w tym przekonaniu jego zachowanie, a w zasadzie diametralna zmiana. Mój radar kiepskich relacji z rodziną należał do bardzo czułych, w końcu sama miałam w tym niezłe doświadczenie.
— Jeśli to coś ważnego, nie krępuj się… — zaczęłam, ale jedno zimne spojrzenie spod jego zmarszczonych brwi wystarczyło, bym urwała w pół zdania.
— Nie.
Pokiwałam głową, czując dziwne napięcie pomiędzy nami. No cóż, ktoś tu miał problem z wyrażaniem swoich emocji i tym kimś na pewno nie byłam ja.
Po chwili niezręcznej ciszy, która zapanowała na korytarzu, Walt wrócił do kuchni i usiadł przy stole, więc podążyłam za nim. Zauważyłam wtedy, że muzyka przestała grać, więc nastawiłam kolejną płytę i dołączyłam do Walta.
Zajął się jedzeniem, ale po jego lekkim nastroju sprzed kilkunastu minut nie było już śladu. Zamienił się w spiętą, zamkniętą w sobie górę kamieni, niewzruszoną moimi zachęcającymi uśmiechami. Ktoś inny na moim miejscu stwierdziłby, że daje sobie spokój i olewa to wszystko, ale ponieważ to ja siedziałam na tym krześle naprzeciwko ponurego Walta i ponieważ absolutnie nie miałam zamiaru brać do siebie jego braku nastroju, po prostu próbowałam dalej.
Widzisz, ja zwyczajnie wiedziałam, o co chodzi. A przynajmniej wydawało mi się, że mogę się domyślać, dlaczego Walt odrzucił połączenie od swojej matki, dlaczego zmienił się jego nastrój i dlaczego jego matka nie zadzwoniła ponownie, rozumiesz? W tej całej zawiłości sytuacji miałam przed oczami naszą rozmowę w pensjonacie w noc, w którą się poznaliśmy. To wtedy właśnie powiedział mi, w jakich okolicznościach zmarł jego ojciec i że to właśnie on, sam, musiał zidentyfikować jego zwłoki, nie mówiąc o tym nikomu.
Minęło od tamtej nocy dwa tygodnie, ale czy to było dużo? Wiedziałam, że jeśli chodzi o relacje z rodzicami, nigdy nie ma czegoś takiego jak odpowiednia ilość czasu, która musi upłynąć, by o czymś zapomnieć.  
— Jak się czujesz?
Wiedział, o co pytałam. Wzruszył jednak ramionami, jakby to było coś nieistotnego. Niemrawo przerzucał widelcem jedzenie na talerzu, po czym odłożył sztućce na bok i spojrzał w stronę okna.
— Nie rozmawiałem z matką od pogrzebu ojca — powiedział nagle, czym mnie zaskoczył.
Nie znaliśmy się prawie w ogóle i może powinnam była uznać, że to strasznie dziwne. Przypomniałam sobie jednak to, co powiedział mi tamtej nocy, gdy się poznaliśmy. Wiedziałam, że potrzebuje wyrzucić z siebie to, co trzymał do tej pory w środku i z jakiegoś powodu nie mógł. Był zbyt dumny, zbyt zagubiony w swoich emocjach lub zwyczajnie nie potrafił, tego nie byłam w stanie stwierdzić.
Jakaś część mnie po prostu chciała się dowiedzieć, co w sobie ukrywał. Poznać te tajemnice, którymi się otaczał i sprawić, żeby się otworzył. Jakaś część mnie czuła w sobie potrzebę tej misji. Może to było głupie i naiwne, bo ile razy przerabiałam ten sam schemat, może to była jedynie moja wrodzona ciekawość, ale znów miałam wrażenie, że to jest właśnie ten moment. Jeszcze chwila i dowiem się wszystkiego.
Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował w końcu. Wtedy właśnie musiałam stwierdzić, że spiął się jeszcze bardziej. Zacisnął mocno dłonie na brzegu stolika i wpatrywał się uparcie w widok zachodzącego słońca za oknem mojego mieszkania.
Poczułam impuls i wiedziałam, co powinnam zrobić.
Wstałam z krzesła – Walt niewzruszenie wpatrywał się w okno – i podeszłam do niego. Przez krótką chwilę zawahałam się, jednak kiedy odwrócił głowę w moją stronę, po prostu poddałam się swojej intuicji i przytuliłam go.
Ponieważ nadal trzymał sztywno ręce na stole, musiałam objąć go za szyję. Przylgnęłam delikatnie do jego pleców, pochylając się lekko. Chyba był zaskoczony, przynajmniej miałam taką nadzieję. Przez moment trwaliśmy tak w tym dziwnym uścisku – ja, próbująca załagodzić jego zdenerwowanie tym gestem i on, najwyraźniej zastanawiający się nad tym, jak bardzo pokręcona jestem.
Tak, Jo, na pewno właśnie o tym teraz myśli…
Minęły długie sekundy, kiedy myślałam, że w końcu po prostu mnie odepchnie, w końcu jednak dał za wygraną. Jego ciało znacznie się rozluźniło, opuścił ręce i na początku po prostu trzymał je na kolanach, by w końcu, trochę jakby niepewnie, chwycić mnie za przedramiona. Uśmiechnęłam się, obserwując, jak jego dłonie zaciskają się powoli na moich.
I znowu, było w tym coś tak bardzo intymnego, zupełnie jakby przychodziło to wszystko naturalnie, pasując do siebie wręcz idealnie. Nie mogłam się powstrzymać przed głośnym westchnięciem.
Walt przechylił głowę tak, by spojrzeć mi w oczy. W jego spojrzeniu było nadal coś, czego nie potrafiłam rozszyfrować. Jakby gdzieś czający się na granicy smutek, ale nie tylko. Było w tym wszystkim jednak też coś innego, zupełnie jakby był mi wdzięczny za to, co zrobiłam. Jakby nie śmiał mnie o to poprosić, ale bardzo tego potrzebował.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, a on odpowiedział mi tym samym. Odwrócił głowę i oparł się na moim ramieniu. Poczułam, jak po moim ciele przechodzi przyjemny dreszcz. Przez chwilę w mojej głowie czaiła się pokusa, by poddać się temu impulsowi i dać ponieść się chwili, jednak w porę przypomniałam sobie, co jeszcze niedawno sobie obiecaliśmy. Czysta kartka. I chociaż ta pokusa była bardzo ekscytująca, koniec końców musiałam przyznać, że na razie musiała zaczekać.
Poruszyłam się nieco i Walt, jakby odczytując moje myśli, wypuścił mnie delikatnie z objęć.
— Pójdę już — powiedział lekko zachrypniętym głosem.
Spojrzałam na niego niepewnie, ale nie musiałam długo się przyglądać, by wiedzieć, że raczej pomyślał o tym samym, co ja. Wstał z krzesła i skierował się powoli do drzwi, a ja podążyłam za nim.
— Mam nadzieję, że spotkamy się niedługo — powiedziałam, kiedy stanął przed klamką i odwrócił się w moją stronę. Uśmiechnął się lekko, mimo że nadal widziałam, że jest trochę zdenerwowany.
— Co powiesz na czwartek? Tym razem mam dla ciebie pewną niespodziankę.
Uśmiechnął się tajemniczo, na co uniosłam lekko brwi. Pokiwałam jednak tylko głową i odprowadziłam do wyjścia. Kiedy w końcu usłyszałam, jak odgłos jego kroków powoli słabnie, oparłam się o drzwi i wypuściłam głośno powietrze.
Oczywiście, ten dzień nie mógłby skończyć się inaczej. Pewnie, cieszyłam się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, że znów się spotkamy, ale jeszcze nie mogłam być spokojna. Musiałam koniecznie porozmawiać z Gregiem o Sylvii i Peterze, bo to przestawało być śmieszne.
…never ending stooooooooory…

Ech. I jak ja teraz miałam zasnąć? 

obserwują