środa, 1 listopada 2017

17. Wszystko jest winą Sylvii


Była osiemnasta pięćdziesiąt dwa i właśnie spóźniałam się na randkę z Waltem. Czułam się wściekła, bo w tym tygodniu spóźniałam się praktycznie na wszystko. Chociaż „spóźnianie się” to kiepskie określenie w tym przypadku, bo sugeruje, że raczej dążysz do tego, by dotrzeć do celu, po prostu zrobisz to trochę później niż w pierwotnym zamierzeniu. Ja niestety od kwadransa tkwiłam w mieszkaniu i zapowiadało się, że jeszcze przez jakiś czas z niego nie wyjdę.
Ironia losu, co? Pierwszą randkę spieprzył Walt, teraz przyszła kolej na mnie. Ciężko nie zauważyć pewnej prawidłowości ciągle pojawiających się przeszkód na naszej drodze.
Jo, a może po prostu nie jesteście sobie pi…
Och, zamknij się!
Mówiłam, że wszystko jest winą Sylvii? Cóż, teraz to stwierdzenie sprawdzało się w stu procentach. Bo to właśnie Sylvia była powodem, dla którego spóźniałam się po raz któryś z kolei w tym tygodniu. No dobra, nie była to jej wina za każdym razem, ale w tym właśnie przypadku i owszem. Chociaż, wiesz, ciężko byłoby jej nie przypisać zła całego świata, zwłaszcza teraz, kiedy zachowywała się jak irracjonalna kretynka.
Przesadzałam? Cóż, nie trudno wysunąć takie określenia, kiedy żona twojego najlepszego przyjaciela wręcz wpada do twojego mieszkania, zaczyna na ciebie wrzeszczeć, a pomiędzy jedynym atakiem płaczu a drugim ciska w ciebie cokolwiek wpadnie jej w ręce.
Wyglądała trochę przerażająco – rozczochrane włosy i pomięte ubrania, zero makijażu, a do tego ta złość w oczach. Normalnie nie wpuściłabym jej do mieszkania, widząc w takim stanie, ale niestety nie miałam wyboru. Wparowała sama.
— Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona! — wrzasnęła po raz któryś z kolei, wskazując na mnie trzęsącym się palcem.
Szczerze mówiąc, trochę byłam. Chciałam się nawet zaśmiać, bo sytuacja wydawała się groteskowa, ale moja irytacja zaważyła. Nie sądziłam, że mogłabym doprowadzić Sylvię do takiego stanu czymkolwiek, jednak najwyraźniej w ogóle jej nie znałam. Co prawda ograniczałam kontakty z nią do minimum, bo nie nadawałyśmy na tych samych falach, ale była w końcu miłością mojego najlepszego przyjaciela i zakładałam, że nie jest zdolna do takich histerycznych ataków. Tak naprawdę w ogóle się ich nie spodziewałam, bo kto by się spodziewał?
Co takiego wydarzyło się, że doprowadziło Sylvię na skraj emocjonalnej rozsypki? Cóż, najwyraźniej coś, czemu ja byłam winna. Żeby się tego dowiedzieć, musiałam najpierw uspokoić Sylvię, a do tego potrzebowałam jej męża, bo na moje prośby i pytania zdawała się być głucha.
Podeszłam do stolika przy drzwiach i sięgnęłam po telefon. Wtedy Sylvia zerwała się z miejsca i podeszła do mnie, mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem. Przyjrzałam jej się zaniepokojona, ale nic nie powiedziałam, szukając w pamięci telefonu ostatniego połączenia od Grega.
— Co robisz? — zapytała. Nawet w tym krótkim pytaniu słychać było hektolitry jadu. Miałam ochotę wywrócić oczami, czułam się bowiem jak bohaterka jakiejś kiepskiej dramy w telenoweli.
— Dzwonię do Grega — odpowiedziałam, sprawdzając jej reakcję. Zwęziła oczy i jeszcze bardziej się naburmuszyła. — Może on mi wytłumaczy, dlaczego zachowujesz się w taki sposób.
— Nie udawaj głupiej, dobrze wiesz, że Greg się wyprowadził z naszego mieszkania i nie odzywa się do mnie! — rzuciła głosem pełnym pretensji.
— Słucham? — Prawie wybrałam numer mojego przyjaciela, ale w ostateczności palec zastygł w powietrzu. Wpatrywałam się w Sylvię z niedowierzaniem. — Dlaczego? Co się stało?
— Nie wiem, co mu nagadałaś, ale to twoja wina, gratuluję — warknęła i odwróciła się, ruszając w stronę kanapy. Usiadła na niej z ramionami skrzyżowanymi na piersi, a ja po prostu się na nią gapiłam osłupiała.
To oficjalne, naprawdę brałam udział w jakimś groteskowym dramacie rodem z telenoweli. Pierwsze, o czym mogłam pomyśleć, to dlaczego nie usłyszałam o tym ani jednego słowa od Grega. Drugie – co takiego i przede wszystkim kiedy mogłam mu powiedzieć, by pokłócił się z Sylvią do tego stopnia?
I wtedy przypomniałam sobie moją i Grega rozmowę tego pechowego poniedziałku, gdy zaspałam na zajęcia jogi. Od tego spóźnienia właśnie zaczął się mój kiepski tydzień.

*
Kiedy otworzyłam oczy i pierwszym, co zobaczyłam, był zegar na szafce nocnej, podskoczyłam jak oparzona.
Nie zdarzało mi się przesypiać budzika prawie w ogóle. Należałam do tego typu ludzi, którzy nie mają ciężkiego snu, poza tym wolą pojawić się gdzieś nawet kwadrans wcześniej, byle się nie spóźnić. A tu proszę, i to jeszcze tego dnia, kiedy miałam zmienić grafik swoich zajęć. W przyszłym tygodniu zaczynałam pracę na pełen etat i nie wyobrażałam sobie wyskakiwać w przerwie na lunch na sesję jogi czy spinning.
Nie wiem, czy to przez weekend pełen wrażeń, czy przez nocowanie w innym miejscu, ale kiedy tylko podniosłam się i usiadłam na łóżku, poczułam się zmęczona. Zupełnie jakbym się nie wyspała.
Sięgnęłam po telefon i upewniłam się, że zegar na szafce nocnej wskazuje dobrą godzinę. Wtedy mój wzrok przyciągnęło powiadomienie o nowej wiadomości. Uśmiechnęłam się, widząc, że nadawcą jest Walt, jednak kiedy ją otworzyłam, trochę się zdziwiłam.
Gdy się z kimś spotykasz, to zupełnie normalne, że spodziewasz się dostawać wiadomości chociażby na dzień dobry czy ze zwyczajnym pytaniem, co u ciebie. Oczywiście z umiarem. Nie mam na myśli porannych poematów czy spamowania skrzynki pstrokatymi obrazkami z kawą i ślicznymi szczeniaczkami ozdobionych napisem „Miłej kawusi”. Mówię o tej drugiej grupie ludzi, którzy wysyłają zwykłe, nudne „Dzień dobry”. Walt najwyraźniej nie należał do ani jednej, ani drugiej grupy ludzi.
Wiadomość zawierała tylko lakoniczne: „Kliknij tutaj”, które było odnośnikiem. Niewiele się namyślając, zgodnie z poleceniem nacisnęłam link, licząc po cichu, żeby to nie był jakiś dziwny wirus. Kiedy strona się załadowała, przez chwilę nie byłam pewna, czy nie muszę oddać telefonu do czyszczenia… Dopiero po minucie zorientowałam się, że przed oczami miałam mapę z zaznaczonym na niej czerwonym punktem i chmurką z napisem „Bądź tutaj w czwartek o 19:00”. Kiedy dotknęłam mapę palcem, poruszyła się, więc mogłam przybliżyć lokalizację, by lepiej się przyjrzeć. Nie miałam najmniejszego pojęcia, gdzie jest miejsce oznaczone czerwonym kolorem, nie kojarzyłam niczego, co je otaczało, dlatego szybko pomniejszyłam mapę, żeby upewnić się, czy to na pewno w Londynie.
No dobra, czym jednak było to tajemnicze zaproszenie? Po drugie, jak miałam się przygotować? To takie typowe męskie myślenie – bądź tutaj o tej i o tej, koniec. Tyle informacji na pewno wystarczy, po co więcej? A przecież musiałam wiedzieć, czy będziemy coś jeść i czy na przykład stawiać na elegancję, ale przemycić spodnie z gumką, żeby móc zmieścić w siebie na przykład pizzę bez obaw, że pod koniec wieczoru dopasowane jeansy będą zbyt ciasne. No wiesz, niezwykle istotne sprawy!
Właśnie miałam odpisać na tę lakoniczną wiadomość, kiedy uświadomiłam sobie, że przecież jestem spóźniona i marnuję cenny czas. Westchnęłam i odłożyłam tę zagadkę na później, jednocześnie zastanawiając się, gdzie się podział ten stary, dobry romantyzm zwykłego „dzień dobry” na powitanie.
Zaczęłam się zbierać na zajęcia jogi, ale gdy zwlekłam się z łóżka, pomyślałam, że zajęcia zdążyły się zacząć i zanim bym tam dotarła, już by się skończyły. Nawet superszybkie auto mojej matki nie miało szans z porannymi korkami. Mogłam więc ubrać się bez pośpiechu i wpaść do centrum fitnessu przy okazji innych zajęć, a dziś zjeść śniadanie w pizzerii Grega. Musiałam w końcu z nim porozmawiać o Sylvii i liczyłam, że może też i ją dziś tam spotkam.
Tak, to był dobry plan.

Piętnaście minut później gotowa wyjeżdżałam z podziemnego parkingu samochodem matki. Musiałam przyznać, że ta okolica należała do zdecydowanie spokojniejszych. W porównaniu z lokalizacją mojego mieszkania, gdzie zawsze słychać było przejeżdżające ulicą pojazdy, nie wspominając już o syrenach policyjnych czy karetek, zasypianie w ciszy miało swoje zalety. Jednak przede wszystkim było dziwne. Może dlatego czułam się niewyspana?
Tak jak się spodziewałam, korki w mieście o tej porze były okropne, ale nie miałam złudzeń, że wyrobię się w mniej niż godzinę. Poranne przejażdżki po mieście kiedyś były moimi ulubionymi. Lubiłam spokojne życie, ale zapracowane, zatłoczone miasto miało w sobie jakiś niezwykły urok. Gdzieś pomiędzy tymi ludźmi zawsze widziałam upewnienie, że to kolejny dzień, kiedy świat funkcjonuje tak jak zawsze, że nic się nie zawali, że nic się nie zmieni. Że czas upływa, a wszystko jest takie samo. Takie ubezpieczenie, wiesz? Może to cholerny idealizm z mojej strony, by takie wnioski wyciągać z zakorkowanego miasta, ale jakoś miałam to gdzieś.
Pod pizzerię zajechałam dokładnie czterdzieści pięć minut później, ale nie znalazłam żadnego wolnego miejsca na chodniku, więc skręciłam w boczną bramę przy moim bloku i zaparkowałam przy swoim wysłużonym fordzie fiesta. I kiedy tak przyjrzałam mu się stojącemu obok ferrari matki, doszłam do wniosku, że muszę wybrać się do myjni.
Tak jak się spodziewałam, weszłam do pizzeri w momencie, kiedy ruch był całkiem duży. Przed dziewiątą zbierał się w środku spory tłum, na szczęście większość osób brała śniadania na wynos, więc mogłam liczyć, że w końcu znajdę miejsce do siedzenia.
Pomachałam na przywitanie Gregowi i rozejrzałam się szybko po pomieszczeniu, szukając wzrokiem Sylvii, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
— Czy mnie wzrok nie myli i przed chwilą przejechałaś tędy samochodem Lili?
Greg postawił przede mną parujący kubek z aromatyczną kawą. Dopiero kiedy wciągnęłam ten zapach, uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi dziś kawy po przebudzeniu. Moja matka niestety nie należała do entuzjastek kofeiny i nie posiadała ekspresu.
— Miałam nadzieję, że zastanę Sylvię — powiedziałam, kiedy upiłam trochę piany z wierzchu. Co jak co, ale kawy bez mleka nie ruszałam i mój przyjaciel wiedział o tym doskonale.
— Spóźniłaś się, właśnie wyszła do pracy.
— Szkoda. Ale i tak muszę porozmawiać z tobą.
Mina Grega zmieniła się od razu. Widać było, że zmarkotniał i posłał mi jedno z tych spojrzeń, które mówiło: „Doskonale wiem, co chcesz powiedzieć”. Czyli nie tylko ja zauważyłam irracjonalne zachowanie świeżo upieczonej pani Matthews? Świetnie!
— Powiem bez owijania w bawełnę — rzuciłam szybko, kiedy Greg przez dłuższą chwilę nie podejmował jednak tematu. Chciałam mieć to już za sobą, więc zaczęłam sama, z drugiej strony pomyślałam, że jeszcze nie jadłam śniadania i raczej atakowanie jego żony na głodnego nie jest moim priorytetem. — Ale najpierw zrób mi jakąś kanapkę, bo jestem głodna.
Greg uśmiechnął się porozumiewawczo i zajął przygotowywaniem dla mnie posiłku, więc w tym czasie wyciągnęłam telefon i szybko przejrzałam skrzynkę odbiorczą. Matka informowała mnie, że jej pobyt zapowiada się wspaniale i wysłała mi zdjęcie imponującego widoku z hotelowego pokoju. Ach, ileż ja bym dała, żeby znaleźć się teraz w takim miejscu, pić drinki z palemką i opalać się na czekoladowo…
Leniuszku, pamiętasz, że w przyszłym tygodniu zaczynasz pracę?
Oczywiście widmo smutnej, dorosłej rzeczywistości zastąpiło wizję idealnego odpoczynku... Pomarzyć zawsze można.
Dla zajęcia czymś swoich myśli sprawdziłam, czy w międzyczasie Walt nie napisał czegoś jeszcze, ale oprócz tajemniczego miejsca spotkania, skrzynka była pusta. Nie namyślając się więc zbytnio, wystukałam szybką wiadomość i zanim przyszło mi do głowy, że zadaję głupie pytanie, wysłałam ją. No cóż, z jednej strony może i pytanie, jaki strój jest odpowiedni na taką okazję, było głupie, ale z drugiej strony, jeszcze głupsze było nie zawieranie takich szczegółów w tajemniczym zaproszeniu. Prawda?
Na odpowiedź Walta nie musiałam długo czekać, po kilkunastu sekundach ujrzałam bezuczuciowe: „Załóż, co chcesz”. A chwilę później, zupełnie jakby czytał mi w myślach, doszła uśmiechnięta minka.
— Jo, czy znowu chodzi o Petera?
Z zamyślenia nad ekranem telefonu wyrwał mnie głos Grega i postawiony przede mną talerz z tostem z serem. Pokiwałam głową i zabrałam się do jedzenia. Ponieważ Greg znał mnie bardzo dobrze, wiedział, że nie musi czekać, aż zjem, więc kontynuował myśl.
— Słuchaj, nie wiem, co się dzieje z Sylvią, ale ta sprawa zaczyna mnie denerwować. Obydwie nie potraficie skupić się na niczym innym — dodał lekko oskarżycielskim tonem i jakby na potwierdzenie skrzyżował ręce na piersi.
Nie spodziewałam się w gruncie rzeczy, że to będzie przyjemna rozmowa, ale z drugiej strony nie spodziewałam się, że również ja zostanę w tej sprawie oskarżoną. Przecież byłam ofiarą!
Chyba losu.
— Dlaczego mówisz to tak, jakby to była moja wina? — zapytałam, odkładając na chwilę tosta i ignorując swoje rozhasane sumienie.
— A nie jest? — zapytał, jakby już powątpiewał, która wersja wydarzeń jest słuszna, nawet ich nie usłyszawszy. Popatrzył na mnie uważnie i westchnął ciężko. —  Jo, już nie wiem, naprawdę, czyja to wina. Wiem tylko, że ta sprawa zaczyna mnie coraz bardziej denerwować. A wiesz, że ja się prawie w ogóle nie denerwuję.
Cóż, to była prawda. Greg należał do spokojnych, bezkonfliktowych osób i czułam się trochę podle, że musiałam wplątywać go w tę sprawę. Z drugiej strony, naprawdę spora wina spoczywała na barkach Sylvii, więc wyjaśnienie tego wszystko było najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji.
— Co mam zrobić twoim zdaniem? — zapytałam, szczerze oczekując rady.
Greg znów westchnął. Na chwilę jednak zamyślił się, po czym spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem.
— Zabrnęłaś w to za daleko, Jo. Po prostu za bardzo się tym wszystkim przejmujesz i poświęcasz temu za dużo czasu, który mogłabyś spożytkować na coś bardziej wartościowego.
„Spożytkować” – ze wszystkich osób w moim otoczeniu tego słowa mógł użyć tylko Greg.
Rzuciłam mu krótkie, zawiedzione spojrzenie.
— Nie patrz tak na mnie. Chciałaś znać moje zdanie.
— Owszem, ale kiedy twoja żona nachodzi mnie kilka razy i wpycha w ramiona Petera trochę przeszkadza mi w skupieniu się na czymś bardziej wartościowym — mruknęłam pod nosem i dokończyłam stygnącego już tosta. Na szczęście kawa nadal była ciepła.
— Poczekaj, jak to Sylvia cię nachodzi? — zapytał nagle Greg. Wyglądał na śmiertelnie zdziwionego i wierz mi, mówiąc śmiertelnie, mam na myśli ekstremalne zdziwienie.
— Już dwa razy podeszła mnie z zaskoczenia, wmawiając mi popełniam okropny błąd, odrzucając Petera — wytłumaczyłam szybko, ale sekundę później przypomniało mi się, jak wyglądała nasza ostatnia… konfrontacja, więc szybko dodałam: — To znaczy nie, za drugim razem, czyli w sobotę, przyszła do mojego mieszkania i oskarżyła mnie o umyślne krzywdzenie tego palanta, przerywając mi bardzo miły wieczór…
Urwałam, zdając sobie sprawę, że prawie się wygadałam przed Gregiem, z kim spędziłam sobotni wieczór. Na razie, w całym tym zamieszaniu, nie chciałam go o niczym jeszcze informować. Zresztą, czy było o czym?
W każdym razie streściłam Gregowi moje dotychczasowe rozmowy z Sylvią, dokładnie akcentując każdy moment, w którym Sylvia, wpychając mi na siłę Petera, zachowywała się niedorzecznie.
— Naprawdę nie wiedziałeś? — zapytałam, kiedy skończyłam swój wywód. Wzruszył ramionami. — Greg, powiem to tylko i wyłącznie dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi — zaczęłam. — Sylvia przekracza granicę. To wygląda tak, jakby ona za swój cel postawiła sobie, bym znów była z Peterem i najwyraźniej śmiertelnie się obrazi, jeśli tak nie będzie. Nie chcę, żeby wtrącała się w moje życie. Nie obchodzi mnie to, jak bardzo Peter cierpi. Dla mnie ta sprawa jest skończona i chciałabym, aby twoja żona dała sobie spokój.
— Nie wiedziałem — powtórzył głucho Matthews i spojrzał na mnie uważnie, nadal marszcząc czoło. Przez chwilę milczał, jakby przetwarzając to wszystko. — Porozmawiam z nią — odparł w końcu i jakby rozchmurzył się, powracając do swojego typowego, rzeczowego tonu. — Jej ingerencja rzeczywiście zaszła za daleko i nie powinna się wtrącać w twoje życie i decyzje.
Pokiwałam głową, w końcu czując, że ta niekończąca się sprawa z Peterem będzie miała definitywny koniec. Popiłam kawą i kiedy już miałam się zbierać, Greg odezwał się jeszcze raz.
— Ale ty też się ogarnij, co?
Zmrużyłam oczy i posłałam mu niezadowolone spojrzenie, po czym wystawiłam język i wyszłam z pizzerii. Odprowadził mnie niekontrolowany chichot mojego przyjaciela.

*

— Jesteś zadowolona? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam, po tym, jak przekonywałam Petera, by do ciebie wrócił, jak go rzuciłaś. Po tym jak kibicowałam wam i mówiłam mu, by się nie poddawał…
No dobra, może popełniłam błąd, kiedy postanowiłam zdać całą relację Gregowi, ale – do cholery – był przecież moim przyjacielem i dlaczego nie miałabym podzielić się z nim swoimi problemami. Zwłaszcza, że problemy te dotyczyły bezpośrednio jego wścibskiej żony. Teraz tylko musiałam jakoś wytłumaczyć to Sylvii i przekonać ją, że ich kłótnia nie jest moją winą. Przynajmniej nie bezpośrednio. Tylko jak przekonać kogoś rzucającego irracjonalnymi oskarżeniami?
Stałam chwilę w miejscu, zastanawiając się, od czego najpierw zacząć, gdy nagle uderzyło mnie coś, co przed momentem usłyszałam.
— Czekaj, co? Przekonywałaś Petera, żeby do mnie wrócił? Czyli… On pogodził się z naszym rozstaniem, ale ty… Ty…
Nie musiałam kończyć.  Jej triumfujący uśmieszek był wystarczającą odpowiedzią.
Nie, to niemożliwe. Myślałam do tej pory, że było odwrotnie. Peter miał niezdrową obsesję na punkcie odzyskania mnie, po czym wplątał w to wszystko Sylvię, by mu pomogła. Ale cały ten czas to Sylvia manipulowała naszą dwójką? Czyli to wszystko naprawdę było jej winą.
— Jesteś zdziwiona? — wysyczała z nieukrywanym zadowoleniem. — Próbowałam ci pomóc po tym, jak to wszystko zepsułaś. Wiedziałam, że masz swoje za uszami, kiedy zostawiłaś Petera na weselu i tak po prostu sobie zniknęłaś. Myślisz, że Peter nie widział cię z tym… z tym…
— Sylvia!
Tym razem to ona powinna zarobić patelnią po głowie.
Z każdym jej kolejnym słowem robiło mi się niedobrze. Może nie dosłownie, ale gdy uświadomiłam sobie, że wszystko, o czym mówiła, było jakąś dziwną wersją jej wydarzeń, nie wiedziałam po prostu jak zareagować.
— Jak mogłaś zrobić to Peterowi? To twoja zemsta? Na początku nie wierzyłam, że byłabyś zdolna do czegoś takiego, ale teraz widzę, jaka jesteś wyrachowana. Jeden tutaj, drugi tam. Nie cofniesz się nawet przez rozwaleniem szczęśliwego małżeństwa! Może na Grega też masz ochotę?!
— Sylvia, o czym ty mówisz?
Spojrzałam na nią zdziwiona, nie wiedząc już za bardzo, jak reagować na te niedorzeczności. Może rzeczywiście patelnia była najlepszym rozwiązaniem tej groteski?
— Peter widział cię na mieście w środę z kolejnym facetem. Proszę, udowodnij mi, że taka nie jesteś — syknęła jadowicie.
W środę? Moment, co ja wczoraj robiłam? No tak, spotkałam się z Nadią, ale w końcu daleko jej było do faceta. Nawet z większej odległości ciężko było się pomylić, więc nie rozumiałam, o co mogło Peterowi chodzić. To po pierwsze, bo po drugie zaczynałam się poważnie zastanawiać, czy to miasto jest aż tak małe, że ciągle na kogoś wpadałam. Z drugiej strony czy Peter mnie przypadkiem nie śledził? Miałam taki mętlik w głowie, że nie potrafiłam stwierdzić, co było gorsze.
Chyba że… Ach, już pamiętam. W środę rzeczywiście spotkałam pewnego mężczyznę. Swoją drogą, wtedy też byłam spóźniona i to kawałek całkiem dziwnej historii...

*
Kiedy nagle zadzwoniła moja kuzynka Nadia, w pierwszej chwili pomyślałam, że coś się stało. Oho, śmierć w rodzinie — tak, dokładnie tak pomyślałam. No cóż, nie dziw się, przecież mówiłam, że nie jestem aż tak blisko ze wszystkimi. Strona mojej matki może i była wścibska, ale nie pielęgnowaliśmy więzów krwi przy każdej możliwej okazji. Przecież nawet nie zostałam poinformowana o zaręczynach kuzynki, a co dopiero mówić o jakichś relacjach z nią, więc to chyba oczywiste, że pierwsze, co przyszło mi na myśl, to tragedia.
W każdym razie nie spodziewałam się kompletnie tego telefonu. Oczywiście nadal byłam ciekawa, dlaczego jej zaręczyny odbyły się w domu mojej matki, bo niezaprzeczalnie było to czymś osobliwym. Miałam też ciągle w pamięci dziwną rozmowę z kuzynką o „sensie tego wszystkiego”. Jednak biorąc pod uwagę komplikacje mojego osobistego życia, sprawy te były gdzieś na samym końcu spraw do rozwiązania.
Karmiłam rybki — swoją drogą, mijał trzeci dzień, a ja nadal ich nie zabiłam, co uważałam za swój osobisty sukces — gdy rozdzwoniła się moja komórka. Przez chwilę myślałam, że to może Walt, który od poniedziałkowego lakonicznego zaproszenia nagle się rozpisał i zaczął prowadzić ze mną ekscytującą wymianę wiadomości. Byłam właśnie na etapie przekonywania go, że używanie emotikonek wcale nie jest stratą czasu.
Rzeczywiście, ekscytujące.
Spojrzałam na wyświetlacz trochę zawiedziona i trochę przestraszona. Jak już mówiłam: rodzina, ach, rodzina.
— Cześć, Josie — usłyszałam lekko niepewny głos Nadii po drugiej stronie. W tle brzmiały hałasy ulicy, więc doszłam do wniosku, że musi być gdzieś na zewnątrz. — Nie dzwonię nie w porę, co?
— Nie, mogę rozmawiać. Coś się stało? — rzuciłam, starając się, by mój ton nie brzmiał wcale tak, jakbym spodziewała się najgorszej tragedii.
— Och, nie! — zawołała natychmiast Nadia, śmiejąc się jakoś nerwowo. — Chciałabym się spotkać w trakcie lunchu, co ty na to?
Poczułam sporą ulgę. To nie mogła być żadna tragedia, skoro chciała się spotkać.
— Jasne! Gdzie? — zapytałam, nawet nie zastanawiając się nad tym, że skoro Nadia nie dzwoniła, by poinformować mnie o czyjejś śmierci, to może być coś bardzo, bardzo skomplikowanego.
Zanim jednak mój mózg przetworzył wszystko, kuzynka rozłączyła się, mówiąc przed tym jeszcze, że prześle mi adres kawiarni. Spojrzałam w zamyśleniu na wiadomość, zastanawiając się, co to wszystko może oznaczać. Przeczuwałam, że może dotyczyć jej zaręczyn, ale nie potrafiłam kompletnie przewidzieć, dokąd to może prowadzić. W końcu nie znałam Nadii aż tak dobrze. Wiedziałam jednak, że to wszystko musi być ze sobą powiązane. Tak przynajmniej podpowiadała mi logika.
Miałam tylko nadzieję, że nie dotyczyło to mnie osobiście i nagle nie okaże się, że niechcący wplątałam się w jakąś jeszcze większą sprawę.
Ponieważ nie pozostało mi nic do zrobienia w domu matki, zebrałam się i postanowiłam przed spotkaniem z Nadią w końcu odwołać kolidujące z pracą zajęcia na siłowni. Tak, naprawdę wywiązywałam się ze swoich obietnic i przykładałam do porządków...
Ekhm… Żebyś tylko u siebie była taka konsekwentna.
Co? Co to ma znaczyć?
Ech, moje sumienie coraz bardziej mnie przerażało. A może… Może miałam rozdwojenie jaźni? Nie… Na pewno nie.

Godzinę później wychodziłam dziarskim krokiem z budynku, w którym znajdowała się moja ulubiona siłownia. Musiałam się spieszyć, bo znowu się spóźniałam. Tym razem postanowiłam zaufać komunikacji miejskiej, jak widać jednak, niesłusznie. Mimo że ruch na ulicach nieco zelżał, wolałam jednak nie zaprzątać swojej głowy uważaniem podczas prowadzenia samochodu. Cóż, przyznam, że moja wymiana wiadomości z Waltem stała się trochę zbyt pochłaniająca.
Wyciągałam właśnie telefon, by sprawdzić, czy coś odpisał, kiedy nagle poczułam, jak ktoś dotyka mojego ramienia.
— Tak myślałem, że to ty.
Podskoczyłam przerażona zarówno dotykiem jak i niespodziewanym męskim głosem za plecami. Za mną stał nie kto inny jak Nick, barman z brzydkim tatuażem i nowy powód zmartwień mojej przyjaciółki.
— Rany, przestraszyłeś mnie!
Uśmiechnął się zupełnie, jakby właśnie taki był jego zamiar. W świetle dziennym wyglądał trochę inaczej niż stojąc za barem, w sztucznym blasku kolorowych lamp. Przede wszystkim miał rozczochrane włosy, wilgotne włosy, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica, a w ręku trzymał sportową torbę. To było jednak coś na zasadzie tego dziwacznego spotkania nauczyciela w sklepie i uświadomienia sobie, że nie mieszka w szkole. Tak, jakkolwiek to głupio brzmi, właśnie sobie uświadomiłam, że  Nick nie mieszka w barze.
W gruncie rzeczy może dobrze, że odwołałam zajęcia, skoro taki Nick chodził do tej siłowni.
Jo, jesteś paskudna!
Racja, miałam nie oceniać. Ale cholera, ja naprawdę za nim nie przepadałam, mimo że robił świetne drinki. Było w nim coś, co mnie po prostu odpychało i nie, nie miałam na myśli tego paskudnego tribala, który otaczał jego ramię.
— Co tutaj robisz? — zapytał.
Przez chwilę przez myśl przyszło mi, by zacząć rozmowę o Hellen. Prawie się do tego zmusiłam, ale wtedy przyszło mi do głowy, że to zły pomysł. Nie powinnam była ingerować bez wiedzy Hellen. Wiedziałam, że nie spodobałoby się jej, gdybym zaczęła go wypytywać… W zasadzie o co miałabym go zapytać. O jego intencje? To brzmiało niedorzecznie.
— Co można robić na siłowni, Nick? — rzuciłam zaczepnie, mając nadzieję, że przestanie zadawać mi pytania i ta nieznacząca rozmowa się skończy. Jakby nie patrzeć, traciłam właśnie cenny czas.
— A to przepraszam, nie zatrzymuję. — Jakby na zawołanie wykrzywił się. Może jednak nie był taki głupi, jak mi się wydawało?
Pokiwałam głową. Nick uśmiechnął się na pożegnanie i odszedł. Westchnęłam zrezygnowana i udałam się w stronę metra. Pomyślałam wtedy też, że muszę poruszyć ten temat z Hellen. Od nieszczęsnej niedzieli wypełnionej moralnym kacem ciągle była zapracowana i nie miała czasu na spotkanie. Nie zastanawiałam się nad tym zbytnio, bo zawsze była pracoholiczką. Sytuacja z Nickiem jednak zasiała we mnie ziarnko niepewności i gdzieś z tyłu głowy kołatało się kilka pytań. Czy już dała sobie spokój, czy może coś z tego będzie i czy ja będę zmuszona prowadzić niezobowiązujące rozmowy z Nickiem za każdym razem, kiedy go spotkam?
No dobra, ta ostatnia sprawa nie była aż tak nagląca. Wiedziałam jednak, że gdy tylko Hellen znajdzie chwilę, koniecznie z nią o tym porozmawiam.
Z zamyślenia wyrwało mnie powiadomienie o nowej wiadomości. Sięgnęłam po telefon, w międzyczasie wsiadając w pociąg — miałam tylko dwa przystanki do przejechania — i przewróciłam oczami, widząc kolejne zdjęcie słonecznej Barcelony wysłane przez moją matkę. Zaczynała mnie trochę irytować. Nie miało to żadnego związku z tym, że w niedzielę był już pierwszy września i pogoda znowu powracała do zimnych szarości.
Ach, może w pierwszy możliwy urlop polecę do jakichś ciepłych krajów?
Rozmarzona wysiadłam z pociągu i szybkim krokiem pognałam w stronę kawiarni, w której chciała się spotkać Nadia. Zdążyłam ledwo wejść do środka, kiedy na zewnątrz zaczął padać deszcz — zupełnie jakby pogoda czytała mi w myślach i chciała zrobić na złość, co nie?
Wyłowiłam ją wzrokiem w głębi pomieszczenia. Siedziała przy stoliku, ubrana w szpitalny fartuch, przebierając nogami… Wyglądała na zdenerowaną już z daleka, ale kiedy podeszłam do niej, zaniepokojona, ale przede wszystkim naprawdę mocno zaciekawiona, uśmiechnęła się szeroko i powitała mnie z przesadnym entuzjazmem.
Przeprosiłam szybko za spóźnienie, ale ona tylko machnęła rękę.
— Napijesz się czegoś? Zamówiłam sobie kawę, ale nie wiedziałam, czy ty też pijesz i…
— Nadia, co się dzieje?
Mówiła szybko, co według moich obserwacji poczynionych na przestrzeni lat, było do niej niepodobne. Cóż, oczywiście, że mogłam się mylić.
— Josie — zaczęła. — Chciałabym, żebyś zapomniała o tym, co mówiłam na zaręczynach.
Ha! Mówiłam, że się czymś denerwowała? Jednak jestem dobra w rozszyfrowywaniu ludzi.
Brawo, Sherlocku.
— Byłam trochę wstawiona. Ciocia Amala przyniosła tyle wina, sama wiesz, udzieliła mi się atmosfera i gadałam głupoty — kontynuowała Nadia. Przyjrzałam jej się uważniej i teraz miałam stuprocentową pewność, że naprawdę mocno się tym denerwowała. Nawet jej głos zaczął drżeć pod koniec zdania.
Ale co takiego niepokojącego mogła ukrywać?
Chciałam ją właśnie o to zapytać, kiedy przerwał mi głośny dzwonek telefonu. Nadia podskoczyła na krześle jak oparzona i szybko wyciszyła sygnał. Zaraz po tym jeszcze szybciej wstała z miejsca.
— Po prostu… Zapomnij.
Wyglądała, jakby chciała jeszcze coś dodać, ale z jej ust wydobyło się tylko ciche przeprosiny, że musi już iść. Miałam ochotę ją zatrzymać i o wszystko wypytać, ale miałam wrażenie, że to nie jest odpowiedni moment. Pomijając osobliwość tego spotkania, coś naprawdę było nie tak i prosząc mnie o to, bym zapomniała, Nadia wywołała we mnie jeszcze większą ciekawość.
Coś się działo w mojej rodzinie i intuicja podpowiadała mi, że powinnam porozmawiać o tym koniecznie z moją matką, bo nie wierzyłam, że nie była w to zaplątana.

*

Takim sposobem nastał czwartek. Wspaniały czwartek. Dzień mojej randki z Waltem, na którą czekałam z niecierpliwością. Aż Sylvia wszystko zepsuła.
Spojrzałam na nią spod byka, bo nadal siedziała na kanapie i gapiła się we mnie oskarżycielskim spojrzeniem, jakby oczekiwała, że zaraz przyznam się do wszystkich grzechów tego świata, machnę magiczną różdżką i będzie po sprawie. To było takie niedorzeczne. Czego ona właściwie oczekiwała?
Miałam wrażenie, że zaraz się załamię.
— Czego ty chcesz, kobieto? — jęknęłam zrozpaczona. — Psujesz mi wieczór, psujesz mi życie. Wszystko psujesz! — wyrzuciłam z siebie, bo nie miałam już na nią siły.
Nie spodziewałam się jednak, że Sylvia się rozpłacze. Naprawdę, nie zmyślam. Od rzucania we mnie nieprawdopodobnymi oskarżeniami przeszła w kilka minut do ryczenia niczym syrena strażacka.
Poczułam, że zaczyna boleć mnie głowa, a na to zdecydowanie nie mogłam pozwolić. Podeszłam do niej, złapałam za ramiona i potrząsnęłam kilka razy.
— Rany boskie, ogarnij się i przestań wygadywać głupoty!
Co prawda nie podniosłam mocno głosu, ale podziałało. Sylvia uciszyła się i pociągając nosem, spojrzała na mnie przez łzy.
— Posłuchaj mnie uważnie — zaczęłam poważnie i stanowczo, wykorzystując tę chwilę ciszy z jej strony. — To nie moja wina, że twoje kłamstwa doprowadziły do tej sytuacji. Naprawdę tego nie widzisz? Przyznałaś, że wmówiłaś Peterowi, że ja tak naprawdę chcę z nim być, kiedy wcale tak nie jest i doskonale o tym wiesz.
— Jo, ja… — zaczęła łamiącym się głosem, ale jej przerwałam gestem dłoni.
— Wszystko skomplikowałaś. Ty. Nie ja. Nie mam teraz czasu na twoje gierki, rozumiesz? Dlatego teraz posiedzisz sobie tutaj sama, przemyślisz wszystko, a gdy wrócę, porozmawiamy.
Gdy to powiedziałam, po prostu odwróciłam się i wyszłam z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. Naprawdę nie miałam ochoty na to wszystko w tym momencie. Musiałam wyjść i oderwać się od tej telenoweli chociaż na chwilę.
Spojrzałam na zegarek i zamarłam. Okej. Na pierwszy rzut oka sytuacja wyglądała tragicznie, ale wierzyłam, że jeszcze dam radę. Zbiegając po schodach, szybko wysłałam wiadomość, mając nadzieję, że Walt ma więcej cierpliwości niż ja…

obserwują