niedziela, 21 maja 2017

11. Kawa, analizowanie i... rybki?

Obudziły mnie promienie słońca. Zawsze zaciągałam zasłony, zanim kładłam się spać. Nie cierpiałam, kiedy jasność poranka dostawała się do środka i przeszkadzała mi w drzemaniu. Wczorajszego wieczoru musiałam być tak zmęczona, że zapomniałam zasłonić okien.
Wstałam w niezbyt dobrym humorze. Moja randka z Waltem była tego bezpośrednią przyczyną, poza tym wiedziałam, co mnie czeka dzisiejszego popołudnia – w końcu była sobota, a to oznaczało zaręczyny mojej kuzynki i rodzinny spęd. Czułam się pełna energii na samą myśl o tym wszystkim, jeśli rozumiesz ironię...
Może to kwestia bałaganu w mojej głowie i skomplikowanych sytuacji, do których sama doprowadziłam, a może po prostu ładna pogoda, która mnie zirytowała... W każdym razie nie czułam ani trochę ochoty, żeby pojawiać się dzisiaj na zaręczynach. Zaskakujące, prawda? Powinnam w końcu przestać myśleć tylko o sobie i świętować rosnące uczucie pomiędzy kolejnymi członkami rodziny. Tak zawsze mówił mój ojciec, który uwielbiał wszelkie wesela i przyjęcia.
Byłam też zirytowana z jeszcze jednego powodu. Miałam nadzieję, że mimo wszystko Walt jakoś się ze mną skontaktuje i będzie próbował mi to wynagrodzić. Mój telefon jednak milczał jak zaklęty. Zero wiadomości, zero połączeń.
Ponieważ nie miałam pod ręką nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać, zaczęłam wszystko analizować. Zupełnie, jakby mi było mało po wczorajszym wieczorze.
Może powinnam była schować dumę do kieszeni i odezwać się pierwsza. Wystukać na klawiaturze „Hej, może zostawimy za sobą wczorajszy nieudany wieczór i zaczniemy od nowa? Tym razem jednak musisz poświęcić mi całą swoją uwagę" i kilka zaczepnych uśmieszków. Tak, zdecydowanie, brzmiałoby to tak luźno i niezobowiązująco i nie miałam wątpliwości, że zachęciłoby każdego faceta. Każdego, owszem, ale czy zachęciłoby Walta?
Jednak mimo wszystko nie mogłam tego napisać. Po pierwsze przeczucie.
Cholerne przeczucie. Wtedy, przed weselem i teraz, kiedy w końcu zadzwoniłam do Walta. Próbowałam zadać sobie bardzo ważne pytanie – to przypadek czy tak właśnie miało być?
Widzisz, w mojej rodzinie od bardzo dawna istnieje pewne przekonanie, że od początku swojego życia kroczysz wyznaczoną ci przez los ścieżką, a wszystko, co ma się zdarzyć, jest zapisane i ustalone. Nie da się tego zmienić. Przynajmniej tak zawsze powtarzała moja matka. Wszelkie przeciwności losu przyjmowała ze spokojem i opanowaniem, ponieważ tak została wychowana – mimo że daleko jej było do tradycjonalistki i jej styl życia skłaniał się bardziej ku bezwyznaniowemu, gdzieś pomiędzy tym wszystkim wciąż miała w sobie przekonanie, że to jej przeznaczenie i nic na to nie poradzi. Poddawała się wszystkiemu, wierząc, że taka jest jej ścieżka. Z jednej strony mimowolnie poddawałam się temu samemu myśleniu, z drugiej mój umysł zaczynał się bronić.
Zrobiłam to, bo tak powinnam była zrobić czy dlatego że tego chciałam? Przecież wcale nie czułam się aż tak podekscytowana, jak powinnam. A może mi się wydawało? Dlaczego los miałby być tak okrutny w stosunku do kogokolwiek.
Po drugie, zdarza się, prawda? Nie żyjemy w jakiejś utopijnej bajcie i życie nie układa się zawsze tak, jakbyśmy tego chcieli. To, że spędziliśmy wspaniałą noc, nie oznacza, że uda nam się stworzyć jakąś relację. Mogłam po prostu nie dzwonić, ale z drugiej strony nigdy bym się nie przekonała, że nic z tego nie wyjdzie.
Westchnęłam zrezygnowana.
Niechętnie zwlekłam się z łóżka i ruszyłam w stronę kuchni, by dzień zacząć od mocnej, czarnej kawy, która na pewno poprawi mi humor. A jeśli nie, to chociaż postawi na nogi. Spojrzałam na laptopa leżącego na stole i poczułam jeden z tych impulsów, które skłaniają cię do zrobienia czegoś, co wiesz, że nie jest dobre.
Stwierdziłam jednak, że pieprzę to wszystko. Wiedziałam, że nie mogę tak po prostu zostawić za sobą tematu Walta. Wczorajsza randka była jedną z bardziej rozczarowujących randek w moim życiu, mimo wszystko zwyczajnie byłam pewna, że to nie może być koniec.
Otworzyłam laptopa i wpatrzyłam się w ekran. Przez chwilę zastanawiałam się, co na moim miejscu zrobiłaby Hellen. Cóż, odpowiedź była prosta. Moja przyjaciółka już dawno zrobiłaby niezbędny research. Nie wahając się więc ani chwili dłużej, otworzyłam przeglądarkę i wstukałam adres.
Najprostsze, co mogłam zrobić w tej chwili, to wpisać Walta w wyszukiwarkę. Nie podejrzewałam ani przez moment, że mogłabym nie znaleźć żadnych wyników, w końcu był głównym bohaterem ostatniego numeru Forbesa. Takim sposobem znalazłam mnóstwo niedawno opublikowanych artykułów opisujących mniej więcej to samo, co najważniejszy punkt w Forbesie. Walter Buchanan najwyraźniej był właśnie gorącym tematem w świecie finansów i korporacji. Znalazłam też kilka informacji na temat jego wykształcenia, między innymi to, że ukończył prawo na Harvardzie i to wszystko. Nic więcej. Nic, co mogłoby sprawić, że chociaż trochę zrozumiałabym jego zachowanie. Lub czegoś, co przekonałoby mnie, żebym dała sobie spokój.
Nie zamierzałam jednak bawić się w detektywa i ograniczyłam się po prostu do sprawdzenia najpopularniejszych portali społecznościowych. Tutaj z kolei pojawiał się problem, ponieważ na prawie wszystkich platformach wyszukiwarki wyrzucały mi całe okrągłe, tłuste zero wyników. Oprócz Facebooka.
Nie byłam jednak pewna, czy to na pewno ten Walter Buchanan, którego szukam, ponieważ jego profil był kompletnie ukryty oprócz miejsca zamieszkania – Londyn. Nic, nawet skrawka zdjęcia.
Nie wiem, czego tak naprawdę oczekiwałam, ale miałam nadzieję, że chociaż będę w stanie podjąć ostateczną decyzję. Tymczasem najwyraźniej musiałam to wszystko po prostu zostawić tak, jak było.
Znów westchnęłam ciężko, po czym po prostu dałam sobie spokój z uporczywym wpatrywaniem się w brak zdjęcia profilowego na stronie jakiegoś Waltera Buchanana i odświeżyłam stronę.
Nie zaglądałam często na Facebooka, dlatego też, kiedy zauważyłam, że mam kilkanaście nieodebranych wiadomości, szybko przejrzałam je wzrokiem.
Oczywiście kompletnie zapomniałam, że nie wyrzuciłam ze znajomych Petera, dlatego mógł sobie bezkarnie wysyłać na moją skrzynkę miliony wiadomości. Z drugiej strony, jakie to miało znaczenie? Wzruszyłam tylko ramionami i zignorowałam jego desperackie próby skontaktowania się ze mną.
Zjechałam niżej i serce zabiło mi szybciej na widok wiadomości od mojego agenta, Donala Flanagana. Co prawda Don zawsze powtarzał, że nie wierzy w wiadomości i gdy miał coś komuś przekazać, po prostu dzwonił, jednak zawsze mógł zmienić zdanie, prawda? Prawie dostając palpitacji serca z ekscytacji, w końcu może dostałam jakieś zlecenie, kliknęłam na jego nazwisko w skrzynce... i się rozczarowałam.
„Hej, mam dla ciebie super kod do sklepu XXGalXX, kliknij w link, a nie pożałujesz..."
Wirus. No tak. Czego ja się spodziewałam?
Na pewno nie kolejnej sesji, w końcu jesteś już na to za stara, co nie?
Reszta wiadomości wyglądała standardowo – zaproszenia na imprezy, premiery i urodziny znajomych. Od czasu do czasu się na nich pojawiałam, teraz jednak nie miałam na to najmniejszej ochoty.
Zamierzałam właśnie zamknąć laptopa, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Dzwoniła Hellen.
— Dlaczego jesteś dostępna na Facebooku i odbierasz ode mnie telefon? — zapytała na wstępie. A więc to był test.
— Ech...
— Co to za „ech"?! Nie powinnaś właśnie wylegiwać się w pościeli Pana Wspaniałego?
Gdy spotkałam się z Hellen w trakcie lunchu w środę, zdążyłyśmy jedynie omówić warunki umowy i sprawy związane z  nową posadą, ponieważ moja przyjaciółka jak zwykle była niesamowicie zapracowana. Wspomniałam jej jednak, prawie że mimochodem, że spotykam się z Waltem w piątek, bo nie mogłam się powstrzymać. Hellen podekscytowała się tak mocno, że teraz zapewne myślała, że leżę gdzieś w jego łóżku, bo to był według niej jedyny możliwy scenariusz na zakończenie randki.
Kiedy opowiedziałam Hellen o wszystkim, co się wydarzyło wczoraj, przez chwilę milczała.
— Co za... dupek. Rzucam na niego pogardę — powiedziała w końcu. — Na twoim miejscu, Jo, powiedziałabym mu kilka miłych rzeczy, zanim bym wyszła. I weź sobie teraz takiego Petera, który jest super nachalny, a takiego Walta, który cię ignoruje. Faceci! Dlatego właśnie jestem sama, wiesz?
— Wiem, H — mruknęłam do słuchawki, wzdychając ciężko. W gruncie rzeczy do końca nie wiedziała, dlaczego w zasadzie Hellen jest singielką. — Na razie po prostu zostawię ten temat i tyle.
— Może chcesz się trochę dziś rozerwać? Spotkamy się wieczorem na drinku?
— Nie dam rady, idę na przyjęcie zaręczynowe mojej kuzynki.
— O, może znajdą dla ciebie jakiegoś przystojnego kandydata?
— Ha, ha, bardzo śmieszne, Hellen.
Gdy moja przyjaciółka w końcu przestała się ze mnie śmiać i życzyła mi powodzenia na rodzinnym spędzie, pożegnałyśmy się. W tym momencie też zdałam sobie sprawę, że nadal nie zrobiłam sobie kawy. Zamknęłam laptopa, odłożyłam telefon i podeszłam do ekspresu.
Miałam kilka godzin na przygotowania do uroczystości, chociaż w gruncie rzeczy nie planowałam robić się na bóstwo. Nie pomyśl sobie, że zaręczyny mojej kuzynki były dla mnie wyjątkową okazją. Owszem, indyjskie zaręczyny miały w sobie coś wystawnego i tradycyjnego, co wymagało odpowiednich przygotowań, jednak dla mnie słowo „tradycja" było po prostu płynne. Dla mojej matki zresztą też, dlatego nie rozumiałam do końca, dlaczego zdecydowano, że zaręczyny Nadii i Adiego odbędą się właśnie w jej mieszkaniu. Może moja matka na starość bardziej przychylała się rodzinnym zwyczajom? Któż ją tam wiedział.
Zupełnie jakbym potrafiła wywoływać ludzi telepatycznie, właśnie w tym momencie zadzwoniła moja matka.
— Kochanie, czy wiesz, gdzie są białe lampki z zeszłego roku? — Żadnego „Cześć", „Jak się masz?", „Nie obudziłam cię?", tylko od razu przeszła do sedna. Cała Lilibeth. Z jednej strony dobrze, przynajmniej wiadomo było od razu, o co chodzi. Z drugiej, miło by było, gdyby jednak się ze mną przywitała, w końcu to moja własna matka, prawda?
— Cześć, mamo. Dopiero wstałam, dzięki, że zapytałaś — odpowiedziałam, uśmiechając się do siebie kwaśno. Ta kobieta nie rozumiała jednak aluzji.
— Josie, nie wygłupiaj się, pytam poważnie! — krzyknęła w słuchawkę.
Mogłabym sobie dać coś uciąć, że właśnie w tym momencie stała na rozkładanej drabinie i podczas gdy jedną ręką trzymała telefon, drugą grzebała w najwyższej szafce w holu swojego mieszkania, nie przejmując się kompletnie tym, że może spaść z drabiny i coś sobie połamać.
— Nie mam pojęcia, o jakich lampkach mówisz — odparłam zgodnie z prawdą.
Widzisz, moja matka miała wiele dziwnych zwyczajów, jednym z nich było dzwonienie do mnie i pytanie, gdzie może znaleźć swoje rzeczy, mimo że ja ich nigdy (lub prawie nigdy) nie widziałam i nie dotykałam. Wspominałam już, że była ekscentryczna, prawda?
— Białe lampki, na choinkę. Nadia chciała podświetlaną altanę w moim ogródku.
Prawie prychnęłam ze śmiechu. Ostatnim razem, gdy byłam w „ogródku" mojej matki, czyli dwa miesiące temu, pomagałam jej tam sprzątać. Wyobraź sobie, że pewnego razu sąsiedzi poskarżyli się na rozrastający się bluszcz. Chcieli, żeby koniecznie z nim coś zrobić, bo ciągle odbijał w ich stronę. Matka oczywiście zaprzeczyła, jakoby w jej ogrodzie rósł jakikolwiek bluszcz. W końcu to był naprawdę mały kawałek ziemi za domem, mieściła się tam tylko drewniana altana, pod którą można było postawić stół i krzesła na około dwanaście osób, i zajmowała ona większość zatrawionej części.
Oczywiście okazało się, że bluszcz rzeczywiście tam rósł, nie było go po prostu widać, ponieważ matka posadziła go za altaną. Chociaż „posadziła" to za dużo powiedziane. Ona miała zamiar posadzić bluszcze, po prostu o nich zapomniała – zostawiła sadzonki za altaną i tam żyły sobie własnym życiem przez cały rok, dopóki zaniepokojeni sąsiedzi nie dali znać...
— Mamo, nie wiem, gdzie są białe lampki na choinkę — mruknęłam w końcu, starając się nie wdawać w dalszą dyskusję. Gdybym zapytała o podświetlaną altanę, matka na pewno zaczęłaby paplać.
— Och, szkoda, myślałam, że może będziesz wiedziała. — Przejechałam ręką po twarzy. Niby skąd, mamo? Niby skąd?!
Zamiast jednak zaczynać kłótnię z własną rodzicielką, przytaknęłam tylko.
— Josie, kochanie, a może przy okazji byś zajechała do sklepu i kupiła te lampki? Takie duże, okrągłe, wiesz, o jakie mi chodzi? — wypaliła nagle matka, czym doprowadziła mnie prawie do irytacji.
Wdech i wydech, Jo, wdech i wydech.
— Mamo, jest sierpień. Gdzie znajdę lampki choinkowe? — zapytałam przez zaciśnięte zęby, starając się naprawdę trzymać nerwy na wodzy.
— Oj, nie wiem, skarbie, myślałam, że może gdzieś znajdziesz.
— Chcesz coś jeszcze czy dzwonisz tak rano tylko, żeby zapytać mnie o lampki? — spytałam, w końcu tracąc cierpliwość. Jak już mówiłam, moja mama nie łapała aluzji.
— Tak sobie myślałam właśnie, Jo... — Podejrzane. Nigdy nie zwracała się do mnie „Jo". — Wyjeżdżam w poniedziałek do Barcelony na dwa tygodnie, na wystawę, i zastanawiałam się, czy nie mogłabyś popilnować mojego mieszkania, nakarmić rybki, podlać kwiaty, wiesz, nic skomplikowanego, ale najlepiej jakbyś zamieszkała tutaj, bo sama wiesz, że codzienne dojazdy będą męczące.
Aha. Wszystko jasne. Więc wcale nie zadzwoniła, żeby zapytać o lampki choinkowe.
— Mamo, przecież ty nie masz rybek — powiedziałam, nie rozumiejąc kompletnie, czego ona ode mnie oczekiwała.
Wprowadzić się do niej na dwa tygodnie? Wcześniej zdarzało jej się czasem wyjeżdżać i nikt do tej pory nie musiał się opiekować jej mieszkaniem, mimo że owszem, jej kolekcja roślin doniczkowych była dosyć spora, ale błagam, przeżyłyby dwa tygodnie bez podlewania!
— Josie, głuptasie, oczywiście, że mam.
Co ona wygadywała?
— Mamo, jeszcze tydzień temu nie miałaś rybek — odparłam z pretensją w głosie.
Trochę nie wierzyłam w to, że właśnie prowadziłam z matką rozmowę na temat rybek, bo w gruncie rzeczy powinnam była zapytać o prawdziwy powód, dla którego miałabym się wprowadzić do jej mieszkania.
— Racja, racja. Kupiłam je dopiero w poniedziałek. Wyobraź sobie, że przemiły pan w sklepie namówił mnie na cały zestaw. Są śliczne, żółte, fioletowe, a jedna nawet ma kolce. — Brzmiała, jakby była przeogromnie zachwycona.
A więc naprawdę rozmawiałam z matką o rybkach. Czego jeszcze nie wiedziałam o kobiecie, która mnie urodziła i wychowała? Może tak naprawdę nie wyjeżdżała na wystawę w Barcelonie, tylko leciała na urlop z tajemniczym kochankiem, którym przypadkiem był przemiły pan ze sklepu z rybkami akwariowymi?
Proszę bardzo, dziesięć minut rozmowy telefonicznej z moją matką, a ja już traciłam głowę.
— Mamo, wyjaśnisz mi, o co tak naprawdę chodzi? — zapytałam w końcu.
— Josie, przecież ci mówię, trzeba codziennie karmić rybki. Nie musisz się wprowadzać, jak nie chcesz, ale miło by było, gdybyś jako moja jedyna córka trochę mi pomogła, bo nie chciałabym, żeby te biedne stworzonka zdechły z głodu.
No tak, nie ma to jak wywołać we mnie poczucie winy, żeby wymusić zgodę. Nie mogłam jej przecież teraz odmówić, prawda? Gdybym to zrobiła, na pewno w trakcie przyjęcia zaręczynowego wypominałaby mi to na każdym kroku. Nie wiem, dlaczego od początku się nie zgodziłam, byle dała mi spokój. Musiałam drążyć temat, ech, głupia Jo...
— Dobrze, mamo, popilnuję ci rybek, kwiatów i domu, niech ci będzie.
— Och, Josie, to cudownie! Widzimy się na przyjęciu, pa, pa!
Usłyszałam jeszcze, jak mówi coś pod nosem, ale słowa te chyba nie były przeznaczone dla mnie, bo nie zrozumiałam ani jednego z nich.
Nie miałam najmniejszego zamiaru zastanawiać się w tym momencie nad tym szalonym pomysłem zakupu rybek, w końcu można to było łatwo wyjaśnić na przykład kryzysem wieku średniego, ponieważ nadal byłam w piżamie, a zaczynało mi burczeć w brzuchu. I nadal nie napiłam się kawy! Postanowiłam po prostu zignorować dziwactwa matki i zająć się przygotowaniami do popołudniowej imprezy. W końcu, co innego mi jeszcze pozostało?

4 komentarze:

  1. Och, sprawdzanie kogoś w Internecie i zbytnie analizowanie... Skąd ja to znam :D

    Nadal uwielbiam Hellen. Jest taka... pozytywna. Aż się uśmiecham, gdy się pojawia :D

    Impreza zaręczynowa kuzynki. Dlaczego ja mam dziwne przeczucia? To znaczy rodzina Jo zupełnie nie przypadła mi do gustu, bo są tacy głośni i za bardzo się... wpieprzają w życie Jo :D Zupełne przeciwieństwo mojej rodziny (więc pewnie dla tego jakoś ich nie polubiłam), aczkolwiek pasują do całego charakteru opowiadania. I zastanawia mnie zachowanie jej matki... Co ją nagle naszło na kupno rybek?

    A i świetna zakładka z bohaterami. Jeszcze się nie spotkałam z czymś takim :)

    Cóż, uwielbiam Twoje opowiadanie, więc z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Analizowanie nie jest takie złe, dopóki nie zapętlamy się w głowie :D
      W przypadku Jo nie jest to już takie oczywiste, hehe.

      Dlaczego masz dziwne przeczucia? No cóż, wcale nie to nie dziwi, a mogą one wynikać z prostego faktu, że rodzina Jo jest po prostu zbyt szalona, żeby nie wydarzyło się coś w międzyczasie z nimi w roli głównej.
      Nie wiem, czy powinnaś zastanawiać się nad zachowaniem Lilibeth Franco, bo zobaczysz, że ta kobieta zaskoczy cię czymś tak od czapy, że będziesz się bardziej zastanawiać nad tym, jak Jo nie zwariowała w jej towarzystwie.

      Usuń
  2. Dlaczego wydaje mi się, że mamie Jo chodzi o coś więcej? Może ma jakiegoś sąsiada, z którym chce swatać córkę? Albo jakiś inny iście diabelski plan? :P
    Normalnie już nie mogę doczekać się, żeby przeczytać o tym przyjęciu i co tam wykombinowałaś.
    Jak zwykle lekko i przyjemnie, a Jo ma moje całe moje serduszko. ^^ Zresztą tak samo jak Hellen. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, dobrze kombinujesz, jak zwykle zresztą :D

      Usuń

obserwują