czwartek, 15 czerwca 2017

13. Impulsy*

Rozdział pisany z perspektywy Walta, w narracji trzecioosobowej. Ja wiem, że takie zmienianie narracji jest słabe, ale cóż na to poradzę, że poczułam przypływ weny i po prostu musiałam ten rozdział tak napisać. W kolejnych częściach wracamy do Jo i jej specyficznego humoru, mam nadzieję więc, że ta część będzie pewnego rodzaju oddechem pomiędzy tym wszystkim, i oczywiście wyjaśni wam co nieco. 

Spojrzał na karteczkę leżącą na dnie szuflady. Słodkich snów, skarbie. Dlaczego ją zatrzymał?
Nie uważał siebie za sentymentalnego. W jego życiu codziennym nie było miejsca na sentymenty. Na barkach spoczywała mu ciężka odpowiedzialność za ogromną firmę, maszynę codziennie przerabiającą miliony na wielu rynkach światowych. Miał przed sobą ludzi, przed którymi musiał za wszystko odpowiadać i jeszcze więcej osób pod sobą, którymi każdego dnia był zmuszony zarządzać.
Każdego dnia prowadził rozmowy, spotkania, konferencje, kontrole, podpisywał umowy, zdobywał i tracił zaufanie, odnosił sukcesy i jeszcze więcej porażek. Każdego dnia przebywał w zimnym i skomplikowanym świecie biznesu. Prowadził grę, w której nie było czasu na uczucia. Liczyły się tylko pieniądze, zyski, straty, analiza rynku i konszachty z odpowiednimi osobami.
Nie wiedział, czy to jego żywioł. Owszem, tkwił w firmie, odkąd skończył studia i ojciec, przestając go w końcu ignorować, oznajmił, że to wszystko kiedyś będzie jego. To było w pewnym stopniu naturalne – on, Walter, najstarszy z rodzeństwa i najbardziej rozsądny, miał zająć się rodzinnym biznesem. I nigdy tego nie kwestionował. Przyjął ze zwyczajnym sobie spokojem decyzję ojca, bez żadnego problemu wchodząc w role, które mu powierzano, pnąc się w górę po kolejnych firmowych szczeblach. Nie kwestionował niczego.
Graham Buchanan przy każdej możliwej okazji powtarzał wszystkim, że jest z syna niezmiernie dumny. Nigdy jednak nie powiedział tego Walterowi, nie skierował tych słów bezpośrednio do niego. W końcu starszy Buchanan też był graczem w tej nigdy niekończącej się grze i doskonale wiedział, jak ją prowadzić, by wygrać. Nie okazywał mu żadnych uczuć. Zwracał się do niego „synu”, jednak w jego postawie zawsze było coś, co kazało Walterowi myśleć, że traktuje go jako pracownika. Nie miał jednak odwagi, by kiedykolwiek zaprotestować.
A teraz? Ojca nie było i Walter został sam.
Zniknął zupełnie nagle, chociaż od pewnego czasu znikał coraz częściej i mężczyzna domyślał się, co działo się z jego ojcem. Brak skupienia, odwoływanie spotkań, coraz więcej obowiązków zrzucanych na Waltera. Ukrywał się bardzo dobrze, ba!, był mistrzem ukrywania, jednak Walt znał ten wzór aż za dobrze. Ale nie zdążył nic z tym zrobić.
Nie przeszkadzało mu zupełnie, że wszystko jest na jego głowie. Miał czas, by przyzwyczaić się do samodzielnych decyzji i naprawiania tego, co ojciec zepsuł lub miał zamiar zepsuć swoim zachowaniem. Nie widział jednak całego obrazu, do tej pory w końcu nie zarządzał całą firmą, całą wielką spółką Wyland Industries, i nie miał do wszystkiego dostępu.
Teraz wszystko zaczynało mu ciążyć.
Ojciec nie żył. Zostawił go samego z całym bałaganem i sypiącą się firmą, nawet nie zaszczycając żadnym słowem wyjaśnienia. Bo firma powoli się rozpadała, kawałek po kawałku, ciągnąc za sobą złe decyzje Grahama Buchanana.
Zmienił testament tydzień przed śmiercią, zostawiając mu wszystkie swoje udziały. Wcześniej, kiedy jeszcze Graham Buchanan większość swojego czasu pozostawał trzeźwy, zamierzał firmę podzielić równo pomiędzy trójkę swoich dzieci, tak jak chciał tego jego teść, Henry Alton Wyland. Zmienił zdanie pod wpływem narkotyków czy na trzeźwo, Walter nie miał pojęcia. Wiedział jedynie, że wszystko leżało teraz w jego rękach. Cholerne pięćdziesiąt dwa procent.
Walter był tak okropnie wściekły na ojca. Drugi raz w życiu czuł do niego ogromną nienawiść, a ten cholerny arogant nawet o tym nie wiedział. Od dwóch tygodni gnił sześć stóp pod ziemią, w gruncie rzeczy na nic więcej nie zasługiwał. Mógł zostawić go w tej zapadającej się dziurze, udać, że to nie jego ojciec i odjechać, tak po prostu. Miał przy sobie dokumenty, ale co z tego, kiedy własny syn mówi, że nie poznaje ojca w martwym, sinym ciele starszego mężczyzny ogołoconego z resztek godności, leżącym na stole w prosektorium. Co z tego? Kto by to zakwestionował? Badania genetyczne? Pff. Łatwo je podrobić.
Mógł, ale tego nie zrobił. Czy poczułby się wtedy lepiej? Te wszystkie lata milczenia i tłumienia w sobie emocji znalazłyby wreszcie ujście? Nie, matka by mu nie wybaczyła. Skinął więc tylko głową, potwierdzając – tak, to mój ojciec. To wielki Graham Roland Lyle Buchanan, dumny właściciel Wyland Industries. Bezuczuciowy drań, który zachlał i zaćpał się na śmierć.
Czuł w sobie gniew i radość, zmęczenie i ulgę. Zupełnie sprzeczne emocje. Chciał je z siebie wyrzucić, krzyczeć na cały świat, jak bardzo ojciec go zawiódł. Ojciec, którego nie rozumiał. Ojciec, którego nigdy nie miał i miał już nie mieć na zawsze.
I wtedy znikąd pojawiła się ona.
W rozpuszczonych włosach, z zaróżowionymi policzkami i bez butów w podartych rajstopach, stanęła przed nim niczym złudzenie optyczne i zaczęła coś mówić. Miała przyjemny, spokojny głos. Przez chwilę myślał, że sobie ją przyśnił. Zasnął na tej ławce w parku, gdzieś w połowie drogi do domu, i miał jeden z tych dziwnych, skrajnie realistycznych snów. Ale ona była prawdziwa.
Miała w sobie pewien urok, mieszankę otwartości i bijącego od niej ciepła. Była lekko zdenerwowana, chyba też wstawiona. Usiadła obok niego bez większego skrępowania. Rzuciła buty obok siebie, rajstopy rozdarły jej się jeszcze bardziej, sukienka opinająca jej zgrabne ciało ciągle podwijała się… Opowiadała coś, czego nie rozumiał, tylko i wyłącznie dlatego, że nie mógł się na niczym skupić.
Jeszcze przed chwilą był wściekły, chciał coś rozwalić, śmiać się, płakać, na domiar złego dopadało go zmęczenie długą jazdą. A teraz patrzył na tę zagubioną kobietę i nie mógł oderwać od niej wzroku. Chciał jej pomóc. Musiał! Przecież nie mógł jej tak zostawić, w takim stanie, potrzebowała jego pomocy. W przypływie tej dziwnej mieszanki emocji, której do tej pory nie dane mu było doświadczyć, podjął decyzję, że zabierze ją ze sobą. Jeśli będzie chciała, oczywiście.
Na szczęście chciała.
Zastanawiał się, czy gdyby to była inna kobieta, a nie Jo, czy wtedy postąpiłby tak samo. Pewnie nie. Nie spotkał jeszcze kogoś takiego, jak ona. Była trochę roztrzepana i chaotyczna; sama, z własnej woli podjęła nierozsądną decyzję powrotu na własną rękę do Londynu i wsiadła do jego samochodu, znając tylko jego imię. Okej, zdawał sobie sprawę, że raczej nie wyglądał podejrzanie, mimo wszystko jednak, kto w taki sposób postępuje? Działała impulsywnie i chyba to mu się najbardziej spodobało. Nie wiedział, czego się spodziewać. Może dlatego też otworzył się przed nią? Powiedział to, czego nie potrafił powiedzieć swoim bliskim?
W impulsach jednak zawsze było coś ulotnego i zdał sobie z tego doskonale sprawę, kiedy go pocałowała i kierowani nagłym pożądaniem wylądowali w łóżku. Uświadomił sobie wtedy, że to wcale nie ona potrzebowała jego pomocy, a on jej. Potrzebował zapomnieć o wszystkim i zatracić się w czymś innym. A ona doskonale się do tego nadawała.
Nie uważał siebie za sentymentalnego, musiał jednak zachować ten kawałek papieru z jej odręcznym pismem. Coś, co przypominało mu, że Josephine nie była tylko i wyłącznie złudzeniem, marą senną, która nigdy się nie wydarzyła.  

Siedział przy biurku w swoim gabinecie w głównym wieżowcu Wyland Industries. Nie powinien był pić, w końcu nadal musiał wrócić samochodem do własnego domu. Potrzebował jednak chociaż odrobinę alkoholu.
Popełnił błąd. Był zbyt zachłanny i podjął niewłaściwą decyzję.
Walt nie podejmował do tej pory złych decyzji.
Kiedy Harry Pemberton zadzwonił do niego dwie godziny temu, oznajmiając, że właśnie wysiada z helikoptera i chce porozmawiać, wiedział, że ma przesrane. Odwlekał podpisanie decyzji o zamknięciu fabryki w Bracknell od kilku miesięcy i Harry’emu się to po prostu nie podobało. Mężczyzna zasiadający w zarządzie, do tej pory nie naciskał na Waltera, wydawać by się mogło, że przez wzgląd na śmierć ojca. Jednak najwyraźniej dziś jego cierpliwość się skończyła.
Dlaczego nie przełożył kolacji z Josephine? Myślał, że uda mu się zbyć Harry’ego w kilka minut.
Chciał ją zobaczyć. Musiał ja zobaczyć.
Gdy myślał, że już więcej jej nie spotka, gdy wrócił do swojej szarej rzeczywistości i był zmuszony zmierzyć się z pogrzebem ojca, znów poczuł wściekłość. Niekontrolowaną, kłębiącą się w głębi złość. Na siebie, na ojca i na wszystkich, którzy akurat byli pod ręką.
Postąpił impulsywnie, co nie zdarzało mu się do tej pory, ale był po prostu niecierpliwy. Jak jeszcze nigdy do tej pory.
I wszystko zepsuł.
Ogarnął spojrzeniem swój gabinet. Nie zmieniał niczego, odkąd przeniósł się tutaj kilka lat wcześniej. Nawet nie zamierzał zajmować biura ojca, omijał to miejsce wręcz szerokim łukiem, mimo że praktycznie rzecz biorąc należało do niego. Wolał jednak swój mniejszy pokój, na prawie najwyższym piętrze, z widokiem na centrum Londynu.
Jego biurko stało naprzeciwko drzwi, przy oknie. Panował na nim sterylny porządek. Komputer, jak zwykle włączony, ustawiony po lewej stronie na ciemnym, szklanym blacie, burczał cicho. Przed nim na podstawce stała szklanka z bursztynowym płynem, a zaraz za nią dwa równe stosiki teczek i plików papierów. Poza tym kilka przyrządów biurowych i telefon. Nic więcej, żadnych osobistych pamiątek czy zdjęć. Nie lubił, gdy na biurku leżało zbyt dużo przedmiotów, to go rozpraszało. Z kolei na ścianach, owszem, można było dojrzeć kilka rodzinnych fotografii czy tych przedstawiających Walta jeszcze za czasów studiów podczas jakichś rozgrywek sportowych. Jednak to było wszystko, prócz ciemnej kanapy stojącej smętnie przy ścianie.
Spojrzenie Walta powędrowało w tamtą stronę i przez chwilę zastanawiał się, aż w końcu podjął decyzję. Nalał sobie więcej koniaku, zatrzasnął szufladę i przeniósł się na kanapę. Cóż, nie wróci dziś do domu.

*

— Walt? Coś się stało? Myślałam, że przyjedziesz dopiero w niedzielę.
Młoda kobieta w stroju do jazdy konnej szła szybko korytarzem w stronę Walta, a jej głośne kroki odbijały się echem po całym holu. Miała zdziwioną i zatroskaną minę. Wyglądała w tamtym momencie zupełnie jak ich matka. W gruncie rzeczy była do niej bardzo podobna, z tą różnicą, że zamiast blond włosów posiadała brązowe.
Ciemne oczy spoczęły na jego sylwetce. Jej twarz wyrażała teraz zadowolenie, jednak spojrzenie zdradzało, że nadal jest lekko zdziwiona.
Siostra Waltera, Vivianne, należała do osób, które w mgnieniu oka rozszyfrowywały, gdy coś było nie tak. Nie miał złudzeń, że tym razem będzie inaczej. W końcu w innej sytuacji nie zjawiłby się u niej dzień wcześniej.
Nie wiedział jednak, na co tak naprawdę liczył. Vivianne może i znała go doskonale i była jedyną osobą w tej rodzinie, która nie bała się emocji i mówienia o nich, ale coś go w tym wszystkim krępowało. Jakby na to nie patrzeć, upił się wczoraj we własnym biurze, ponieważ spieprzył kolację z  Jo, a dziś z samego rana, z lekkim kacem, postanowił przyjechać do siostry i poradzić się jej, jak to naprawić.
Co on w ogóle wyprawiał? Może postradał zmysły?
— Powinienem był was uprzedzić — stwierdził, kiedy siostra przytuliła go na przywitanie. W tamtym momencie rozważał, czy nie lepiej by było, gdyby po prostu teraz wyszedł.
— Dobra myśl, szkoda tylko, że tak późno na to wpadłeś. — Vivianne skinęła głową, uśmiechając się lekko. — Czy twoja dzisiejsza wizyta oznacza, że jutro się nie spotkamy? Dziewczynki pojechały do matki Richarda, a pewnie chciałyby cię zobaczyć.
— Mogę zostać do jutra — powiedział, nagle zdając sobie sprawę, że jest już za późno na zmianę zdania.
Wyraz twarzy jego siostry zmienił się nieznacznie. Zmarszczyła brwi i wpatrywała się w niego w zamyśleniu.
— Walt, co się stało?
— Nie mogę odwiedzić własnej siostry bez żadnej przyczyny? — rzucił niewinnie, starając się uśmiechnąć beztrosko.
Vivianne znów zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
— Oczywiście, że możesz. Jednak prawie nigdy nie zjawiasz się bez zapowiedzi, więc chyba rozumiesz, skąd moje zdziwienie. To do ciebie niepodobne.
— Cóż, w takim razie ostatnio robię wszystko niezgodnie z własnym charakterem — wypalił, czując, że jego młodsza siostrzyczka i tak zaraz dojdzie sama do odpowiednich wniosków. A nawet jeśli nie, to będzie męczyć go pytaniami w nieskończoność.
Przeszli do pokoju dziennego. Przez otwarte drzwi wychodzące na ogród wpadł nagle mocny podmuch wiatru, przynosząc ze sobą powietrze przesycone nieprzyjemnym zapachem końskiego łajna.
Luksusowa posiadłość letnia Richarda Wellingtona, męża jego siostry, miała swoje plusy i minusy. Plusami zdecydowanie było to, że znajdowała się z dala od miejskiego gwaru, na terenach typowo wiejskich. Często wybierali się razem na polowania czy rekreacyjne przejażdżki konne, kiedy tylko dopisywała pogoda. Mimo oddalenia od miasta, całkiem szybko można się było do niego dostać, dzięki czemu dziś na przykład Walt nie musiał się martwić, że będzie zmuszony tkwić kilka godzin w samochodzie, czując się rozdrażniony kacem i zmęczony spaniem na zbyt małej kanapie. Ogromnym minusem jednak było bliskie sąsiedztwo stajni, której zapachy docierały do środka w bardziej wietrzne dni.
Walt lekko zniesmaczony zamknął otwarte na oścież drzwi i odwrócił się w stronę siedzącej na kanapie siostry. Upijała właśnie łyk kawy dopiero co przyniesionej przez gosposię. Kiedy spojrzała na niego pytająco, wskazując dzbanek i filiżanki, pokręcił głową. Wypił rano trzy kawy, żeby postawić się na nogi, co było dla niego wystarczającą ilością na cały tydzień.
— Walt, po prostu powiedz, o co chodzi.
— Viv, wszystko zepsułem. Jak jakiś idiota — wyrzucił z siebie nieoczekiwanie.
— Chodzi o firmę?
Walt pokręcił głową.
— Ach. — Viv uśmiechnęła się ze zrozumieniem. — Chodzi o kobietę.
Vivianne nie musiała pytać, Walt nie musiał potwierdzać.
— Co zepsułeś? I kim jest ta tajemnicza kobieta, której jeszcze nie poznałam?
Opowiedział jej więc mniej więcej wszystko, co wydarzyło się w ciągu dwóch tygodni i o czym był w stanie powiedzieć. Pominął kilka szczegółów, które wiązałyby się z tym, że musiałby sam uświadomić sobie pewne rzeczy. Na razie jeszcze nie był gotowy na przyznanie się do nich przed sobą, a co dopiero własnej siostrze.
— Spotkałem się z Harrym.
— Z tym Harrym?
— Tak. Myślałem, że nie zajmie mi to dużo czasu. Jo po prostu wyszła.
— Jesteś kretynem. Też bym wyszła.
— Dzięki.
— Nie krzyw się, to prawda. Nie mogłeś przełożyć tej randki? — Walt wzruszył ramionami. Vivianne otworzyła szeroko oczy i patrzyła na niego ze zdziwieniem zmieszanym z rozbawieniem. — Braciszku, jesteś nieznośny. Zupełnie jak w naszym dzieciństwie, byłeś taki niecierpliwy, musiałeś wszystko dostać już, teraz, zaraz. Myślałam, że z tego wyrosłeś.
Walt milczał.
— Wiesz, chciałabym ją kiedyś poznać. Kobietę, która zawróciła mojemu bratu w głowie do tego stopnia, że aż prosi mnie o rady.
— Viv, przestań żartować.
— Ale ja nie żartuję, braciszku — powiedziała śmiertelnie poważnym tonem. — Powiem ci, co teraz zrobisz. — Poruszyła się nieco na kanapie i odłożyła pustą filiżankę po kawie na stolik. — Wyślesz jej bukiet kwiatów i zadzwonisz, błagając, by dała ci drugą szansę. Jeśli będzie chciała mieć z tobą jeszcze do czynienia, zabierzesz ją na randkę jej życia. Tym razem niech to będzie coś bardziej osobistego, dobrze? I na litość boską, wyłącz telefon.
To brzmiało dobrze. To brzmiało jak coś, co mogłoby się udać. Vivianne w końcu była kobietą, gdyby nie sądziła, że to podziała, nie powiedziałaby tego. Czemu jednak sam na to nie wpadł? Ach, może dlatego, że był jeden, znaczący problem.
— Niestety nie znam jej adresu.
— Rany, Walt — jęknęła Vivianne, zupełnie nie kryjąc swojego zniecierpliwienia. Patrzyła na niego, jakby palnął jakieś straszne głupstwo. — Od czego masz Christine? Twoja sekretarka jest mistrzem znajdywania ludzi, ją też na pewno szybko zlokalizuje.
Pokiwał głową, przyznając jej rację. Kobieta wyraźnie się rozchmurzyła, otrzepała spodnie z niewidzialnych okruchów, po czym klasnęła w dłonie i powiedziała:
— Głodny? Na lunch mamy dziś w menu pieczeń, popisowe danie Marie!
Starał się przez większość czasu spędzonego u siostry skupić na niej, a nie na własnych myślach krążących ciągle wokół Josephine. Był zniecierpliwiony, cholernie zniecierpliwiony. Chciał do niej zadzwonić lub napisać, lub wszystko na raz. Wytłumaczyć, przeprosić, wyrzucić z ciebie ten dziwny ciężar. Chciał ją jednak przede wszystkim zobaczyć. Ujrzeć jej twarz, uśmiech, usłyszeć jej głos.
To było niedorzeczne, sam siebie nie poznawał. Skąd się u niego wzięła nagle ta niezdrowa obsesja?
Przeklęta Josephine, która tamtego dnia musiała stanąć mu na drodze.
Vivianne w końcu dała za wygraną i stwierdziła, że powinien po prostu wracać do miasta i zająć się tym, czym tak bardzo chciał się zająć. Z jednej strony był jej za to wdzięczny, z drugiej obawiał się, że znów postąpi impulsywnie i wszystko zepsuje. Gdzie podziały się jego chłodna kalkulacja i zdolność podejmowania przemyślanych decyzji?
Cóż, najwyraźniej zagubiły się gdzieś w pokoju, w nocy, w tym małym pensjonacie w drodze do Londynu dwa tygodnie temu.

*

— Co mogłabym zrobić dla mojego ulubionego przystojniaka? — zapytała rudowłosa kobieta ze słodkim uśmiechem.
Christine Ekström była jego asystentką od dziesięciu lat, w zasadzie odkąd tylko zaczął pracę dla ojca. Niezmiennie od dziesięciu lat rudowłosa kobieta wykonywała dla niego wszystko, czego tylko sobie zażyczył – oczywiście związanego z pracą. A teraz stał przed nią i miał poprosić ją o coś, czego nigdy nie miał zamiaru zrobić. Gdyby jednak sam potrafił to, co potrafiła Christine, w ogóle by jej nie potrzebował.
— Chciałbym, żebyś kogoś dla mnie znalazła.
— Kogo poszukujesz?
Walter milczał. Chciał mieć to wszystko już za sobą. Przekazał jej karteczkę z imieniem Josephine i jej numerem telefonu. Christinie przyjrzała się jego piśmie i odwróciła kartkę na drugą stronę, najwyraźniej szukając dalszego ciągu. Na jej twarzy odmalowało się zdziwienie.
— Tyle? To jest ta ważna sprawa, dla której wezwałeś mnie tutaj w mój dzień wolny?! — zapytała z pretensją. Gdy Walter nadal milczał, kobieta pokręciła głową. — I co ja mam niby z tym zrobić, kochanie? — mruknęła niezadowolona w stronę Waltera, oddając mu karteczkę. — Pracuje u nas? Ma u nas pracować? To ktoś, z kim współpracujemy, nowy inwestor? Cokolwiek?
Mężczyzna westchnął ciężko. Czuł się, jakby znów był w szkole i stał przed znienawidzoną przez siebie nauczycielką, która wypytuje go przy tablicy. Miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Zadzwonił do niej godzinę temu, przekonując, że potrzebuje jej koniecznie w biurze. Soboty zazwyczaj miała wolne, chyba że działo się coś bardzo ważnego, wtedy jednak całe piętro musiało pracować. Dzisiejszy dzień był spokojny, w budynku prawie nikogo nie spotkał, czemu był względnie wdzięczny. W końcu nic się nie działo, więc sprowadzanie nagle swojej asystentki mogłoby wywołać niepotrzebne komentarze. Tutaj wszyscy plotkowali, a Walter nie cierpiał plotek.
Christine prawdopodobnie miała własne plany, jednak w końcu zgodziła się przyjechać na chwilę do pracy. Walt był jej za to niezwykle wdzięczny i zanotował sobie w pamięci, aby przyznać jej pokaźną premię.
Tymczasem panna Ekström skrzyżowała ręce na piersi i patrzyła teraz na niego zniecierpliwiona.
Do cholery.
— Nie, to kobieta, z którą wczoraj się spotkałem — powiedział w końcu, siląc się na najbardziej spokojny ton, na jaki był w stanie sobie teraz pozwolić.
Asystentka Waltera gapiła się na niego ze zdziwieniem i pół uśmieszkiem błąkającym się jej na ustach. Wyglądała zupełnie tak, jakby próbowała się nie roześmiać.
— Przepraszam, co?
— Christine…
— Poczekaj, jestem w szoku. — Kobieta przyłożyła rękę do klatki piersiowej i westchnęła teatralnie. — Mój szef, Walter Buchanan, we własnej osobie, właśnie poprosił mnie o znalezienie kobiety, z którą się spotkał? Czy ja dobrze usłyszałam, jakiś romans?
Walt posłał jej zniecierpliwione spojrzenie. Christinie zazwyczaj rzucała kąśliwymi uwagami i ich relacja zdecydowanie przekraczała zwyczajną normę szef-pracownik, jednak do tej pory nigdy nie prosił jej o nic, co wiązało się z jego życiem prywatnym.
— Czy ty nie przekraczasz właśnie jakiejś granicy, kochasiu? — zapytała, jakby czytając mu w myślach.
Nie miał jednak dziś ochoty na ich słowne gierki.
— Christine, mogłabyś to zrobić czy nie? — zapytał, w końcu tracąc cierpliwość.
Rudowłosa kobieta zerknęła na niego z ukosa.
— Ciekawe, ile by mi zapłacili, gdybym sprzedała takiego newsa do gazety? Wyobraź sobie nagłówki: „Walter Buchanan nie jest już kawalerem” i te domysły, kto w końcu usidlił nowego szefa Wyland Industries.
— Dobrze — prawie warknął przez zaciśnięte zęby. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę swojego gabinetu.
— Oj, daj spokój, przecież wiesz, że ci pomogę. Daj mi ten numer telefonu! — zawołała za nim. Przez chwilę się wahał, jednak w końcu wrócił do jej biurka i ponownie wręczył jej karteczkę.
Christine uśmiechnęła się promiennie i posłała mu oczko.
— Dam ci znać, kiedy coś znajdę, tymczasem bądź tak dobry i zrób mi kawę, okej?
Walt mruknął pod nosem, żeby sama sobie ją zrobiła i zanim zdążyła mu odpyskować, zniknął jej z pola widzenia.

*

Dwadzieścia minut później rudowłosa głowa Christine pojawiła się w jego gabinecie. Prychnęła w jego stronę, rzucając na biurko świeżo wydrukowaną stronę zapisaną kilkoma linijkami.
— Tym razem ci wybaczę, bo to twój pierwszy raz — powiedziała, uśmiechając się, zadowolona z siebie. — Poza tym trochę mnie to ekscytuje. Powiedz, po co ci jej adres? Coś przeskrobałeś?
— Dobrze, możesz iść.
Walt jej nie słuchał. Patrzył na kartkę i napisany na niej adres. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Przecież to było kilka ulic stąd! Miał ją dosłownie na wyciągnięcie ręki. Mógłby pojechać tam właśnie teraz, zaraz, dlaczego w zasadzie jeszcze siedzi na tym cholernym krześle?!
— Wrzuć jej nazwisko w wyszukiwarkę, nie pożałujesz — powiedziała nagle Christine, sugestywnie poruszając brwiami, po czym wyszła z gabinetu. Pokiwał głową, jednak jej słowa prawie w ogóle do niego nie docierały.
Nie mógł przecież nagle pojawić się pod jej mieszkaniem jak jakiś wstrętny prześladowca. Z drugiej strony przecież zamierzał wysłać jej kwiaty, czy to nie wyda się podejrzane?
Przejechał ręką po twarzy.
Sięgnął po telefon leżący na blacie biurka i z odmętów pamięci aparatu wybrał jej numer.

*

— Walt? Co ty tutaj robisz?
Dwie godziny i kilka nieodebranych połączeń później, Walter, nie wierząc sam w to, co robi, stał pod drzwiami mieszkania Josephine Franco z ogromnym bukietem kwiatów w ręce. W ręce, która pociła mu się z nerwów, ponieważ najwyraźniej właścicielki mieszkania i kobiety, której szukał, nie było w środku.
Prawie dał za wygraną. Prawie zostawił te przeklęte róże na wycieraczce i z okropnym przeczuciem, że wszystko zepsuł, zszedł na dół. Prawie, bo w momencie, kiedy zamierzał się odwrócić, z zamyślenia wyrwał go głos, który tak bardzo pragnął usłyszeć.

— Nie odebrałaś — odparł po prostu, uśmiechając się niewinnie.

5 komentarzy:

  1. Mi osobiście w ogóle nie przeszkadza, zmiana narracji, ale wiadomo – różni ludzie. ;) Tak czy siak, przybijam Ci żółwika. ^^
    Spojrzenie na oczami Walta na pewno jest interesujące. I zdecydowanie poważniejsze niż u Jo. Nie powiem, brakowało mi tej jej lekkości i poczucia humoru. ^^ W sumie dużo się działo w tym rozdziale, ale nie wiem czy był długi czy krótki, bo niby tekstu sporo, a przeczytałam w mgnieniu oka, więc jest super! :D
    Teraz bardziej rozumiem tą nerwowość u Walta, no lekkiej sytuacji to on nie ma... Nie dość, że zmarł mu ojciec, który swoją drogą wydaje się być sporym rozczarowaniem, to jeszcze ma firmę, która się sypie. Zdecydowanie facet ma więcej zmartwień niż powodów do radości, ale hej! Spotkał na swojej drodze zakręconego anioła, który sprawił, że ten ponury świat wydał mu się lepszy.^^
    No i jest jeszcze Vivianne, która jest naprawdę ważna dla Walta i z którą ma dobry kontakt, a tak to chyba on jest raczej samotny. Trochę smutne jeśli tak faktycznie jest.
    Pani asystentka – super, śmiechłam. Tym bardziej, że zajmuję się tym samym i też różne rozmowy z moimi szefami się zdarzają. ;)
    Hmm... I jednak Walt zdecydował się odwiedzić Jo osobiście, no to chyba faktycznie w gorącej wodzie kompany i nie dałby rady czekać na jakąś reakcje z jej strony, gdyby wysłał kuriera z kwiatami. Oczywiście jestem mega ciekawa następnego rozdziału i ich rozmowy, bo kto wie, czy akurat będzie miło, a może zjawi się Peter. :D
    A w ogóle wnioskuję, że Walt nie sprawdził Jo w wyszukiwarce? Ale pewnie to zrobi w najmniej odpowiednim momencie... I wtedy zobaczy fotki Jo w bieliźnie... Ehh... dobra, bo już wybiegam za bardzo w przyszłość. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszło trochę bardziej dramatycznie, niż zamierzałam, ale to kwestia samej historii, którą musiałam przedstawić. Dobrze w sumie, że widać różnicę w nastrojach, w gruncie rzeczy Walt bardzo się różni od Jo. ;)
      Smutne życie człowieka, który poświęca się swojej pracy, cóż, kariera przede wszystkim. Chociaż u Walta to raczej rodzinny biznes i prestiż firmy stoją na pierwszym miejscu, skoro nie musi się ścigać o stołki.
      Cieszy mnie, że spodobała ci się asystentka Walta, pojawi się jeszcze nie raz ;)
      Dobrze wnioskujesz, chociaż w sumie nie trudno się domyślić, że potem coś z tym będzie :P

      Usuń
  2. Swietne opowiadanie. Czekam na dalszy ciag i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziewczyno kiedy następny rozdział??? Czekamy !!! ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonie!!! Następny rozdział będzie wtedy, kiedy się opublikuje. :D

      Usuń

obserwują